LISTY DO KASI


28.II.2006 (wtorek) Ostatki


Moja Kasiuniu,

Wstaję z myślą o Tobie i kładę się spać tak samo. Zastanawiam się, czy to w ogóle ma szansę minąć? Wzięłam się wreszcie dziś za mycie okien. Od października, kiedy jeszcze byłaś z nami nie ruszyłam palcem, żeby cokolwiek posprzątać. Tyle o ile. Nawet święta Bożego Narodzenia nie doczekały się czystych szyb i firanek. Po prostu nic mi się nie chce.

Dzisiaj, z samego rana zabrałam się do tego na siłę. Z rozpędu posprzątałam na półkach, umyłam szkła i...stłukłam Twojego słonika. Tak mi przykro! Może uda się go skleić? Sprzątając pod biurkiem, odkryłam przy samej podłodze, na rożku szafki napis flamastrem: "KASIA". Kiedy Ty to zrobiłaś?

Wciąż i wciąż, wszędzie Cię odnajduję! Już widzę, jak to pisałaś- siedząc pod biurkiem skulona- taka psotka! Mam też na pufie wielki napis długopisem: "MAMA". To też Twoja robota. Mam nadzieję, że Cię za to nie skrzyczałam.

(...)Zżera mnie smutek. Komu mam o tym mówić, skoro czuję, że mało, kto chce słuchać? W koło i w koło to samo. Ludzie nie lubią mówić o śmierci, ani słuchać o niej, ani o sprawach z nią związanych. Szybko zmieniają temat, nieraz czuję, że ich nudzi to moje gadanie.

Kiedyś, starałam się szczerze opowiadać o tym, co czuję, jak boli pustka po Tobie. Teraz odpuszczam sobie i stwierdzeniem: "Różnie: góra, dół - to tak może być"- ułatwiam im zamknięcie tematu. Wiem, że i tak wiedzą swoje i lepiej. Nie rozumieją ( niby skąd mają rozumieć?), że mimo chęci, każdy krok na przód jest trudny. Co i rusz oglądamy się za siebie. Żeby tylko nie zapomnieć. Żeby jeszcze raz spojrzeć w oczy swojego zmarłego dziecka.

Ewa mówi, że to jeszcze za wcześnie, Agnieszka, że za krótko... Czy kiedykolwiek będzie dość długo, by przestało boleć?

W sobotę, na spotkanie Grupy Wsparcia mają przyjechać rodzice z Warszawy. Co chciałabym od nich usłyszeć? Chyba, że w przyszłości będzie lepiej, że będzie można jakoś żyć, że będzie inaczej niż jest.

(...) Marzę o Twojej kawie albo herbacie, z fusami na wierzchu, podanej łapkami w za dużych rękawicach kuchennych, o chlebie posmarowanym grubo dżemem, albo z krzywo ukrojonym serem... może kiedyś?

Będę czekać. Pa!



1 marca 2006 (środa, Popielec)


Kasiu Najmilejsza,

Jaki to piękny zwrot! Przypomniał mi się z jakiejś książki, dziejącej się "w czasach".

Małgosia jeszcze śpi. Jest przeziębiona i nie poszła do szkoły. Ja zaraz jadę do dziadków- jako pierwsza pomoc do wrzucania węgla do piwnicy, wsparcie duchowe dla mojej mamy. Łypnij czasem tam na nich swoim błękitnym oczkiem. Źle u nich się dzieje. Źle- bo choroby, źle- bo trudno im żyć ze sobą a bez siebie nie mogą.

Tata wczoraj kupił dla was pierniczki Wedla z misiem w środku. W opakowaniu jest malutki misiaczek. Oczywiście dla Was obu, bo Ty przecież ciągle jesteś w naszej rodzinie. Jeśli zdążę, to zaniosę Ci go dzisiaj, posadzę w kwiatkach. To taki prawdziwy miś od serca Taty dla Ciebie.

Czasami czuję się jak dziecko lub nastolatka prowadząca pamiętnik. Te zwierzenia, obrazki nalepiane, rysunki, wierszyki. Chyba w każdym z nas śpi dziecko. Myślę, że podobałby Ci się ten notes. Dla mnie jest on jak skarb. Tak dużo w nim naszej rodziny.

I właściwie, to najbardziej szczera terapia.

Chciałabym, żeby kiedyś, ktoś po latach chciał to przeczytać. I pomyślał, wspomniał o Tobie: "Jaka to była wspaniała dziewczynka- ta Kasia! Szkoda, że jej nie znałem".

Lubię do Ciebie pisać, bo wydaje mi się jakbyś była tuż obok. Może to miejsce tak działa? Kąt przy biurku, półka i zaraz Twoje miejsce na kanapie. Zresztą zawsze, gdy o Tobie myślę, albo nawet wcześniej, kiedy rozmawiałyśmy o Niebie i przychodzeniu w odwiedziny "stamtąd"- widziałam Cię stojącą przy tej właśnie półce, blisko biurka. Może tutaj zostawiłaś najwięcej siebie?

Pa, Myszko! Muszę budzić (czytaj: "ściągnąć za nogi") Gosię i szykować się do wyjścia. Bardzo chcę zdążyć zapalić Ci lampkę. A, i Tata kazał Cię pozdrowić.




2 marca 2006 (czwartek)


Cześć Maluchu,

No i Małgosia rozłożona! Kaszle jak stary pies, usmarkana, w nocy, źle śpi. Lekarz oczywiście dał antybiotyki i nakazał siedzenie w domu. Trudno! Ale żal mi poniedziałkowej rehabilitacji w Szkole dla Niewidomych i wizyty u logopedy, która nam przepadnie. Na tych zajęciach Gosia najwięcej się uczy, no i terapeuci są naprawdę dobrze przygotowani.

Odkryłam, że Gosia boi się choroby. To najprawdopodobniej pozostałość po Twoim chorowaniu. Kiedy pytam Gosię, czy boli ją gardło, brzuch, gdy mierzę jej gorączkę, ona nieodmiennie pokazuje : "Nie ma, nie ma!". Tak, jakby bała się, że coś jej się stanie, że będzie tak, jak z Tobą. Do tej pory nie zdawałam sobie z tego sprawy. Jak wiele jednak widziała! A nam wydawało się, że nie rozumie...

(...) Jutro pewnie umyję okno w kuchni. Dojrzewam do tego. Zbliżają się imieniny Twojego Taty. Jak ten czas zasuwa, a z drugiej strony, jak te dni się ciągną... już prawie pięć miesięcy Cię nie ma. Tak piszę, jakbyś nas opuściła, bo gdzieś wyjechałaś. Tylko, że na nic już nie czekam. Nawet na sen z Tobą. Patrzę na Twoją uśmiechniętą buzię na zdjęciach.

I nie wierzę. Żal. Nie mogę płakać, choć łzy zbieraj się gdzieś w środku, za ściśniętym gardłem.

Dotykam Twoich policzków. Pa! Pa! Delikatnie...



3 marca 2006 (piątek)


Kasiuniu,

Dzwonił Paweł D. Rozmawialiśmy o tym i o owym i wreszcie o trudnych spotkaniach

z rodzicami. Tuż "przed" albo tuż "po" odejściu dzieci. Chyba zdecyduję się ujawnić trochę tych moich zapisków innym. Może to komuś pomoże, może kogoś wesprze w takim trudnym czasie? Nie jestem pewna swojej decyzji. Zadzwoniłam do Agnieszki Dz. Popiera, ale wybiórczo. Obym nie żałowała, nie skrzywdziła kogoś niechcący!

Co Ty na to Kasiu? Zgadzasz się, abym trochę myśli o Tobie, o nas przekazała innym?



7 marca 2006 (wtorek)


Kasiuniu,

Jest mi wstyd, że się tak rozlazłam. Rano oczy zapuchnięte, rozczochrana,.Zła na cały świat. Czy Ty chciałabyś mieć taka mamę?

Od soboty biję się z myślami. Od soboty, tj. od sobotniej Grupy Wsparcia. Już

w niedzielę obudziłam się wściekła i rozdrażniona. Zła niewiadomo, o co. Z kościoła wracałam i już płakałam w samochodzie. Wiem, to moja reakcja po spotkaniu Grupy.

Tylko, dlaczego taka? Do tej pory te rozmowy podbudowywały mnie, dawały siłę na całe dwa tygodnie. Aż do następnego spotkania. Co się stało teraz?

Mieliśmy gości z Warszawy- rodzice z Warszawskiego Hospicjum dla Dzieci: Ola i Irek, Marysia i Stefan oraz psycholog Agnieszka. Zaprosiliśmy ich do siebie i bardzo czekaliśmy. I naprawdę był to bardzo udany, prawdziwie serdeczny wieczór. Przywieźli nam to, na co czekaliśmy: nadzieję. Nadzieję, że będzie lepiej. Ktoś powiedział, że ból po stracie nie minie, ale nauczymy się z nim żyć. Będziemy nadal myśleć o naszych dzieciach, ale inaczej. Wciąż będą z nami, chociaż życie pójdzie do przodu. Nieraz trzeba na to czekać wiele lat.

Chyba stąd to moje przygnębienie. Uzmysłowiłam sobie jak długo (u jednej z mam nawet pięć lat) może się ciągnąć taka żałoba. Nie dopuszczałam do siebie takich myśli.

Tak długo miałoby boleć? Oczekiwałam cudownych rad, zapewnień, że wkrótce wszystko zmieni się na lepsze.

Jak mogłam tak myśleć? Przecież nikt i nic nie wróci mi mojej Kasi. Nikt Jej nie zastąpi. Jak mogę liczyć, że taka pustka nie będzie bolała?

Zazdroszczę tym rodzicom, którzy mają mocną wiarę. Taka wiara pomaga. Moja jest chwiejna, pełno jest w niej buntu i niezgody na to, co się stało. Ja wciąż kłócę się z Panem Bogiem.

Pozazdrościłam im, gdy mówili, że teraz Daniel, Patrycja, Marcin są szczęśliwi, że dziękują Bogu za dar w postaci swoich dzieci. Ja też dziękuję Bogu za Ciebie, jednak za nic na świecie nie chciałabym, abyś jeszcze raz przechodziła przez to wszystko...

Tak bardzo chciałabym mieć pewność, że tam gdzie jesteś, jesteś radosna, zdrowa i nie tęsknisz za nami, tak jak my za Tobą.

To, co usłyszałam na tym sobotnim spotkaniu od gości z Warszawy, pozwala mi jednak mieć nadzieję. Oni są już, co najmniej o krok przed nami. Oni zachowują się i czują podobnie do nas. Nie jestem, więc osamotniona, dziwna i głupia z moim przytulaniem Kasinej owieczki i szukaniem w niej zapachu mojego dziecka. Okazuje się, że inni też mówią do zdjęć, głaszczą po buziach i noskach swoje Słoneczka, noszą im na cmentarz zabawki.

Poruszono też inną, ważną dla mnie kwestię. Dzieci, które zostają. Kiedyś jedna z mam na Grupie stwierdziła: "Ty, Ewa jesteś dla siebie bardzo surowa. Zrobiłaś przecież wszystko. Byłaś i jesteś dla swoich dziewczynek najlepszą mamą".

No tak. Mam przecież jeszcze jedną chorą córkę, która- wiem to- bardzo mnie teraz potrzebuje. Widzę, że Gosia boi się, że mogę nie wrócić, gdy wychodzę z pokoju. Myśli, że tak, jak Kasia rozpłynę się gdzieś. Gosia obściskuje mnie, całuje, "zagłaskuje" Aż do umęczenia (mojego oczywiście). A ja nie potrafię jej tych pieszczot odwzajemnić, choć staram się bardzo! Ciągle mam wyrzuty sumienia, że ją jakoś odsuwam. I poczułam ogromną ulgę i wdzięczność do tej Mamy Warszawskiej, która wyznała, że przeżywała podobne rozterki po śmierci ukochanego syna. Okazuje się, że i inni rodzice mają takie problemy, w ich domach też tak się dzieje. Uff! Co za ulga!

Rodzeństwo- dzieci, które zostają- to też jest ogromny problem. One też muszą przeżyć swoją żałobę. One też płaczą, wspominają, mają sny, dręczą się różnymi myślami, a my rodzice w swoim bólu tego nie dostrzegamy.

Tyle było ważnych spraw poruszanych na tym spotkaniu, że czas umknął nie wiadomo, kiedy. A tyle jeszcze problemów zostało do przegadania. Jeszcze po pożegnaniu, już w drzwiach przychodziły nam pytania. Może się uda nam te rozmowy kiedyś jeszcze dokończyć?

Muszę przyznać, że dobrze nam było ze sobą. Nikt niczemu się nie dziwił. Nikt nie wstydził się łez, ani że głos mu się łamie. Każdy z nas miał swoje "pięć minut", każdy mógł wyrzucić z siebie to, co go najbardziej gryzie i dręczy. Nikt nie powiedział, że dosyć, że pora się pozbierać i nie rozpamiętywać tego, co już powinno odejść w przeszłość. Każdy mógł pochwalić się, opowiedzieć o swoim dziecku, pokazać jego zdjęcia, powspominać również dobre chwile, bo przecież one też były.

Miałam takie wrażenie, że te nasze dzieci były wśród nas, bo tam nikt ich nie wyganiał z naszej pamięci (jak próbują to robić nasi znajomi, sąsiedzi, czy inni członkowie rodziny). Tego wieczoru nasze dzieci biegały wśród nas zdrowe, wesołe i uśmiechnięte. Malowały piękne obrazki, jeździły na koniach, psociły, tańczyły i... przytulały się do nas. Po prostu były.

Kasiu!

Trzeba było tych kilku dni, tych łez i rozmazania, abym zrozumiała, co się naprawdę wydarzyło tamtego wieczora.




8 marca 2006 (środa)


Dziś jest Dzień Kobiet. Nasze święto Kasiulku: moje, Twoje, Małgosi. Tata oczywiście pamięta. Kupił wam, jak zawsze jajko- niespodziankę a dla mnie i dla Ciebie po róży. Byliśmy u Ciebie zapalić lampki. Jajeczko włożyłam między kwiaty, leży jak w gniazdku. Smutno. Ciocia Ewa w imieniu Michała przywiozła Ci trzy czerwone róże i oczywiście czerwone światełka. Michał często o Tobie wspomina, aż jestem zdziwiona, że tak bardzo zapadłaś mu w pamięć. Dla Małgosi była czekolada a dla mnie bombonierka! Małgosia cały czas kaszle, więc siedzi w domu. Nudzi się okropnie.

Przed południem, na chwilę wpadła Basia Ch. Przyniosła obiecane Informatory, jakie wydaje Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. Coś takiego powinno koniecznie być też u nas w Łodzi. Trochę wspomnień o dzieciach, wypowiedzi rodziców, lekarzy, wolontariuszy, wywiady z dziećmi, aktualności. Sporo przydatnych informacji, ale i uchylenie rąbka tajemnicy przed tymi, którzy jeszcze są "przed". Czytałam z zainteresowaniem.

Dała mi też do przejrzenia wydruki z Internetu różnych artykułów, m.in. wywiady z ojcem Benkiem- kapelanem z tamtego Hospicjum. Wydaje się, że to wspaniały i właściwy człowiek we właściwym miejscu. Basia namawia mnie, żebym napisała coś od siebie do tego Informatora. Choćby krótką relację z ostatniego spotkania Grupy. Sama nie wiem. Na początku wydawało mi się, że to dobry pomysł, ale w miarę, gdy czytałam te wszystkie artykuły, opowieści- zaczęłam się bać, że sobie nie poradzę. Moje pisanie do Ciebie jest inne. Takie- ja wiem- "swojskie", mniej oficjalne. Po prostu rozmowa...

W dodatku nie mogę się na tym skoncentrować teraz, gdy Gosia nie chodzi do szkoły. Zajmuje mnie cały czas, Nie chce sama bawić się, oglądać telewizji, nie zostanie sama w pokoju. Ja do kuchni- ona za mną. Idę do łazienki- stoi pod drzwiami. Przesiadam się na drugą kanapę- już siedzi obok mnie. Tak to wygląda...

Pa, Kochanie!



9 marca 2006 (czwartek)




Kasiu!

Jestem przerażona! Co się dzieje? Czy to wszystkich czeka nieuchronnie? Zadzwoniła "Duża Kasia". U Asi jest wznowa, 13% w szpiku! Szok! Przecież nie było nic! Boję się, ze to początek końca. Współczuję jej bezgranicznie. Wiem, co może czuć. Wróciło wszystko do mnie: przerażenie, ból serca, lęk o Ciebie, złe myśli. I najgorsze- BEZRADNOŚĆ.

Pocieszam ją, jak tylko mogę. I najdziwniejsze jest to, że nie potrafię, tak na gorąco, znaleźć słów. Ja, która wiem, co chciałam wtedy usłyszeć. Nie potrafię jej okłamać, ale nie chcę powiedzieć, co myślę naprawdę, bo może to jeszcze nie czas. Zawsze, gdzieś kiełkuje mała nadzieja. Wbrew rozsądkowi i doświadczeniu. Nawet Tata mówi, że to chyba jest tylko przedłużanie życia. Wolę w to nie wierzyć. Chcę myśleć, że są dzieci wyleczone, że część

z nich ma szansę. Zdziwiona jestem tylko tym, że potwierdził moje zdanie, że gdybyśmy mieli przechodzić przez to jeszcze raz – to nigdy w życiu! Nie powiedział tego wcześniej. Może teraz inaczej to się ocenia. Trzeba do tego dojrzeć? Choć są rodzice, którzy twierdzą, że dla jednego uśmiechu dziecka, skłonni byliby przeżyć te miesiące jeszcze raz. Ale czy Wy, Dzieci chciałybyście przez to znów przejść?

Nie było mi dane dowiedzieć się, co myślałaś o ostatnich tygodniach Twego życia. Może tak lepiej, a może jestem uboższa o jakąś rozmowę z Tobą? Wszystkie relacje innych rodziców, opowieści ojca Benka, księdza Pawła z ICZD, potwierdzają mi tylko jedno: Dobrze, że byłaś w domu, że z pomocą Hospicjum Twoje odejście było łagodniejsze. Cieszę się, że zdążyłyśmy wrócić do domu, cokolwiek było potem. Byłaś mądrzejsza ode mnie. Dobrze, że Cię posłuchałam, kiedy mówiłaś: "Chcę do domu". Boję się myśleć o tym, czy Ty już wtedy wiedziałaś? Tyle osób tak mówi, że dzieci wiedzą, kiedy odchodzą, ale nie chcą martwić rodziców. Czekają, kiedy rodzice są przygotowani na rozstanie. I same wybierają czas odejścia. Tak, jakby potrzebowały potwierdzenia: "Tak, teraz już można, pozwalamy Ci odejść, jesteśmy z Tobą. To jest dla Ciebie dobre. To nie koniec, to tylko przejście przez furtkę do Zaczarowanego Ogrodu, na drugą stronę".

Pamiętam, jak Justyna K. opowiadała o wizualizacji, którą z Tobą robiła w ICZD.

O tym, jak wyobrażałaś sobie: Ciemny Las, Drzewo Kłopotów, Furtkę do Zaczarowanego Ogrodu i piękną, słoneczna Łąkę. Nie chciałaś stamtąd wyjść i wrócić przez las. To było w lipcu zeszłego roku. Czy byłaś już tak bardzo zmęczona? Wiedziałaś?

Męczy mnie pytanie, czy choć w części pomogłam Ci pokonać lęk i stworzyć wizję Twojego Nieba. A może widziałaś moją bezradność, szarpanie się i czułaś litość?

Zazdroszczę ludziom ich ogromnej wiary w Boga. Zazdroszczę tym rodzicom, którym wiara pomaga pogodzić się ze śmiercią dzieci. A ja wciąż się waham. Jak długo?

Całuję



Fundacja Gajusz - Hospicjum Domowe dla Dzieci Ziemi Łódzkiej | NIP 725-16-57-818 | 90-406 Łódź, ul. Piotrkowska 17 (wejście D) | tel.: +48 42 632 06 06, 0 506 151 839 | medyk@gajusz.org.pl
Chcesz nas o coś spytać? | Webmaster