|
OLIWKA
Mam na imię Marta. Jestem mamą dwóch córeczek: Julci i Oliwki oraz syna Fabiana.
Moja młodsza córcia Oliwka - 4 stycznia 2006 roku mając 4 miesiące została Aniołkiem. Chorowała na zespół Edwardsa ( trisomia 18). Jest to okrutna choroba, która nie daje szans na dłuższe życie.
Jednak pamiętajmy, że liczy się to, jak ten czas, który nam pozostał wykorzystamy. Osobiście polecam hospicjum domowe. Oliwka była pod jego opieką może niedługo (zaledwie dwa tygodnie), ale był to czas dla nas najlepszy. Wcześniej, długo leżała w szpitalu i łapała prawie wszystkie infekcje, jak to w szpitalu. Decyzja o powrocie do domu i opiece hospicjum była najwłaściwsza.
Kiedy przywiozłam Ją do domu, czułam się jakbym dostała skrzydeł. Nareszcie moje dzieci mogły być razem i ze mną. Mogłam się zajmować nimi bez obawy, że zaraz Oliwka znowu trafi do szpitala, którego nie znosiłam.
Do dziś najbardziej boli mnie to, że do 20 tygodnia ciąży nie wiadomo było, że dzidziuś jest tak chory. Co prawda, wyszły małe problemy z serduszkiem (kardiomegalia),ale lekarka, która robiła usg genetyczne stwierdziła, że nie jest to nic groźnego i zapewniła, że obejdzie się bez operacji. Nie zauważyła niczego niepokojącego, choć oglądała buzię Oliwki na trójwymiarowym usg. Ona, jako specjalistka powinna widzieć, to, czego ja nie musiałam nawet podejrzewać, z racji braku wiedzy i doświadczenia.
W 40. tygodniu ciąży odbył się poród przez cesarskie cięcie. I dopiero następnego dnia, po odleżeniu znieczulenia, łaskawy pan doktor - choć ciężko mi tego człowieka tak nazwać- oświadczył mi, że "dziecko mi się nie udało, bo ma zespól wad genetycznych". Potem dodał, że trzeba zrobić badania, w kierunku potwierdzenia zespołu Edwardsa. Pocieszył mnie, że jestem młoda, więc wszystko jeszcze przede mną.
Niestety nie tylko on miał takie podejście. Lekarka dyżurująca na oddziale, gdzie była moja córcia, była tak samo beznadziejna. Kazała mi przeczytać sobie, na czym polega choroba mego dziecka na plakacie, który znajdował się za drzwiami jej gabinetu. Sama zaś nie robiąc sobie nic z mojego nieszczęścia poszła na kawę.
Nikt nie wierzył, że uda mi się zabrać Oliwkę do domu. Nikt wtedy nie powiedział mi o możliwości opieki hospicyjnej. Ani lekarze ani pielęgniarki. Szybko nauczyłam się karmić córkę sondą, używać ssaka oraz obsługi innego sprzętu - tylko po to, by móc Ją zabrać z tak strasznego miejsca, jakim był szpital.
Oliwka miała nawet odruch ssania, choć mało, które z dzieci z tym zespołem ma go. Zabrałam Ją do domu. Po miesiącu pobytu w domu, pewnego dnia przestała oddychać. Razem z mężem reanimowaliśmy ją. Reanimacja- na szczęście dla nas okazała się skuteczna. Pogotowie zabrało ją znów do szpitala. Była tam od 27 października do 21 grudnia 2005r. Łapała wszystkie możliwe infekcje - jak to w szpitalu.
Tym razem od pielęgniarki dowiedziałam się o hospicjum, z którym skontaktowałam się. Pojawiła się szansa na zabranie jej do domu. Udało mi się przygotować wszystko na jej powrót. Hospicjum zapewniło nam sprzęt (koncentrator tlenu, ssak, pulsoksymetr), zapewniło opiekę medyczną.
Oliwka była w domu dokładnie dwa tygodnie. Podarowane dwa piękne tygodnie. Ostatniego dnia Jej życia dostała gorączki od mózgu, której nie można było niczym zbić. Całowałam Ją w czółko i szeptałam, że jeśli chce już odejść, bo Jej tu źle albo, gdy czuje, że czas Jej się kończy - niech idzie tam, gdzie będzie Jej lepiej. Gdzie nie ma chorób i zła tego świata.
I odeszła o 22.40 - 4 stycznia 2006r. Dzień przed moimi 28-ymi urodzinami.
Jestem wdzięczna hospicjum, za to, że mogłam być z Nią do ostatnich Jej chwil, tu na Ziemi, Dziękuję również w imieniu tych, którzy wybierając hospicjum mogli pożegnać się ze swoimi dziećmi, tak jak chcieli. Całując Je na pożegnanie, mogąc je tulić, kiedy już były Aniołkami, tak długo, jak tego chcieli i potrzebowali.
Dziękuję Wam z całego serca.
A wszystkim chcę przypomnieć: "Śpieszmy się kochać bliskich, tak szybko odchodzą..."
Za szybko.
Marta
|