Narodziny Nadziei

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska

„Po wieczerzy już zmyte naczynka,
we śnie leży spowita dziecinka,

którą los na pociechę mi dał
za kolejną pomyłkę dwóch ciał.”

Tisa Żawrocka-Kwiatkowska

Nadia: 3780 gramów, 56 centymetrów i 10 punktów w skali Apgar. 

Jej mama przyszła do mnie osiem miesięcy temu powiedzieć, że ma kasę na skrobankę w Czechach. Zdziwiłam się, bo przecież zna moje poglądy, więc powinnam być ostatnią osobą, którą uraczy taką wiadomością. 

Próbowałam przekonywać, że są inne rozwiązania, ale milczała uparcie. Postraszyłam, że zawiadomię policję, bo to nielegalne, żeby skrzywdzić bobasa. Po chwili zrozumiałam, że właśnie po to przyszła. Po ten zakaz. 

Ania miała wtedy trochę ponad 19 lat. Była drugi raz w nieplanowanej ciąży. Niespełna dwuletni synek, kolejny przemocowy partner, przeszłość w rodzinach zastępczych i kolejnych bidulach. 

Kiedy zabroniłam jej pojechać do Czech, wyglądała, jakby poczuła coś w rodzaju ulgi. Zaczęła robić plan na pozostawienie dziecka w naszym ośrodku preadopcyjnym Tuli Luli. Pracowała nad nim z naszą psycholog. 

Czekała niecierpliwie na pierwsze ruchy podobne do bąbelków. Ja byłam wsparciem i organizatorem. Chodziłyśmy razem do ginekologa i na zakupy. 

Kiedyś siedziałam wpatrzona w żółtą zasłonę w izbie przyjęć szpitala. Za nią płakała Ania. Zrobiłam fotę, żeby zapamiętać tę chwilę. Niewypowiedziane pytanie, co się wydarzy. 

Patrzyłam na coraz okrąglejszy brzuszek. Czekałam na kolejne USG, żeby poznać płeć. – Dziewczynka, zdrowa baba – powiedział lekarz. Razem wybrałyśmy imiona. Nadzieja – to decyzja mamy. Drugie – Wiktoria – moja. 

Im było bliżej do porodu, tym bardziej się bałam. Nadzieja miała zostać w szpitalu, by trafić do Tuli Luli. Formalności i organizacja nie były problemem. Pracownicy szpitala i Centrum Administracyjnego Pieczy Zastępczej byli empatyczni i pomocni. Sąd rodzinny najwspanialszy na świecie. Ale ja czułam się jak kat. Jak ktoś, kto pozwala matce stracić dziecko. 

Rodziłyśmy razem. Były krzyki i łzy. Nie chciała znieczulenia. Jakby ten ból miał być sprawiedliwą karą. Trudno mi było to wszystko zrozumieć, a co dopiero przeżywać. 

Nadia przyszła na świat w niedzielę o 17.52. Była, jak to noworodek, zmęczona, na początku trochę sina, cała w mazi i krwi. Głośno krzyczała. Po chwili przyssała się do lewej piersi swojej mamy. 

Po około godzinie zabrałam małe, śpiące zawiniątko na oddział noworodkowy. Ania została sama. Poprosiła, żebym zajęła się dzieckiem. Dołączyła niania z Tuli Luli. Przejęła noworodka do tulenia. Szpital na wszystko wyraził zgodę. 

Po godzinie wróciłam do mamy bez dziecka. Tylko byłam. Cisza w jej pokoju mnie przeraziła. Wszystko przemyślała. Wiedziała, że musi, że powinna je oddać. Ale ja wiedziałam, że tak było tylko na rozum. Serce biło dla Nadziei. Zdecydowała, że nie weźmie tabletek na zatrzymanie laktacji. Odciągała mleko i wyła z bólu oraz tęsknoty. Jeszcze raz zapewniłam, że pomogę przy każdej jej decyzji. Oczywiście poza czeską. 

Po pięciu dniach bez żadnej nadziei Ania wyszlochała w telefon:  – Chcę dziecko z powrotem, nie mogę bez niej żyć. Poczułam ulgę, radość, niby bez sensu, a na pewno bez budżetu na przyszłość. 

Sąd jest przecież rodzinny, więc pomógł nam we wszystkim. Dziękuję naszej prawniczce i pani sędzi. Dziś organizujemy na nowo życie tej trójki. Pomoc socjalna to najmniejszy problem, choć kosztowny. 

Co się wydarzy? Ania będzie z nami przez lata, bo nie da rady bez wsparcia. To duże pieniądze, ale przede wszystkim wysiłek, żeby pomoc była mądra. Czy jestem pewna, że da radę? Nie, ale obie mamy nadzieję i Nadzieję. Dwie nadzieje to bardzo, bardzo dużo. Więc może się uda? 

I jeszcze jedno pytanie krąży wokół mnie. Co by było, gdyby… Tego już się nie dowiem. Spróbuję zaufać, że wszystko jest i będzie tak, jak ma być. 

PS: W dniu wypisu ze szpitala zadzwoniły dziewczyny z pracy, że jest problem. Stanęło mi serce. Okazało się, że fotelik mają, ale tylko niebieski. A Nadzieja powinna mieć różowy. Oby ta mała dziewczynka miała w życiu tylko takie problemy! 

PS 2: Zacznę od starania się o zamianę mieszkania z zagrzybionej, ale niezadłużonej klitki, na chociaż dwadzieścia kilka metrów z toaletą. Każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku.