Jest życie i jest śmierć
Karolina Tatarzyńska
Najpierw pokochali Tulisia z rzadką wadą genetyczną. I zostali jego rodziną zastępczą. Kilka miesięcy później urodził im się ciężko chory synek. Żył osiem minut. – Przytulenie go wszystko przewartościowało. Jakby się życie ze śmiercią spotkało – opowiada mama dzieci.
Agnieszka: – Niedługo po narodzinach naszej córki Aurory zaczęliśmy myśleć o drugim dziecku. Pierwsze rozmowy o adopcji pojawiły się, gdy zobaczyłam na Fb, że jakaś organizacja szuka rodziny dla kilkuletniego Michałka. Ale wtedy nic z tego nie wyszło, bo nam odmówiono.
Kilka miesięcy później znajoma udostępniła post, w którym Fundacja Gajusz szukała rodziny zastępczej dla półrocznego chłopca. Mąż był na tak, ale hamował mnie, żebym się za bardzo nie nastawiała.
Na naszą wiadomość odpowiedziała telefonicznie pani Dorota, dyrektorka Tuli Luli. Później przez miesiąc była cisza, więc myślałam, że już znaleźli inną rodzinę. A jednak w końcu telefon znów zadzwonił.
Mikołajka poznaliśmy przed świętami Bożego Narodzenia. Podczas tego spotkania nie mogliśmy jeszcze podejść do niego i się pobawić. Staliśmy za progiem i obserwowaliśmy. Trzymała go na rękach ciocia Krysia, którą uważamy za jego dobrego ducha. Miki bawił się z nią na macie edukacyjnej. Miał wówczas dziewięć miesięcy i wyglądał jak duży słodki bobas.
Fundacyjni psycholodzy zapewniali nas, że w każdej chwili możemy się wycofać. Dla mnie sygnałem ostrzegawczym byłby brak zauroczenia dzieckiem, bo nie można jeszcze nazwać tego miłością. W styczniu spędziliśmy w Tuli dwa dni. To wtedy Mikołajek zasnął mi na rękach pierwszy raz i poczułam, że już nie chcę go oddać. To był właśnie ten moment, gdy dziecko uwodzi opiekunów swoim urokiem. Miki mnie wówczas zauroczył. Jak po tym weekendzie oddaliśmy go w ręce opiekunek z Tuli, to się popłakałam. Czułam, jakbym swoje dziecko zostawiła w ośrodku, choć wiedziałam, że jest jeszcze jedna rodzina, która też się o niego stara.

Stresowało mnie to, ale też trochę złościło, że to jest tak angażujące emocjonalnie. Rozumiałam, że pracownicy fundacji chcą jak najlepiej dla dziecka, ale my też mieliśmy swoje uczucia. Dużo bym była gotowa zrobić, żeby został z nami na stałe. Nie jestem praktykującą katoliczką, ale wierzę, że jest coś więcej niż ten ziemski świat. Któregoś dnia, po przyjeździe z Łodzi, zatrzymałam się przy jednej z przydrożnych kapliczek u nas w Żywcu z myślą, że jeśli Bóg istnieje i wie, co czuję, to Mikołaj będzie z nami.
Na następne spotkanie pojechaliśmy już z Aurorą. Akurat w urodziny Mikiego, więc nasza córeczka była trochę zaskoczona, że po raz pierwszy od dawna uwaga nie skupia się na niej, tylko jest jakieś drugie dziecko, którym wszyscy się interesują i jeszcze do tego wręczają mu prezenty. Na początku wyrywali sobie nawzajem zabawki, ale pod koniec spotkania leżeli już razem na podłodze i pili jednocześnie z butelek. Od tego czasu opowiadaliśmy Rorce, że Miki do nas przyjedzie i będzie mieszkał z nami.

Ciąża w prima aprilis
Dowiedzieliśmy się też, że fundacja zleciła testy genetyczne, bo miała podejrzenia, że Miki może być chory. I rzeczywiście badania wykazały mikroduplikację 3Q29, czyli rzadką wadę genetyczną, która może dawać bardzo zróżnicowane objawy, np. lekkie opóźnienie intelektualne, nadwagę czy problemy z napięciem mięśniowym. To nas jednak wcale nie wystraszyło. Zwłaszcza że przy takim uszkodzeniu chromosomu może się również okazać, że Miki będzie się rozwijać jak zdrowe dziecko.
Karol: – Pierwsza organizacja zniechęciła nas trochę do adopcji i rodzicielstwa zastępczego. Tłumaczyli, że mamy małe dziecko i jesteśmy krótko po przeprowadzce, więc to nie moment na adopcję. Przy Mikołajku spodziewałem się podobnej sytuacji. Jechałem na spotkanie do Łodzi bez większej nadziei. Ale w Fundacji Gajusz poczułem się miło zaskoczony, bo zostaliśmy przyjęci bardzo sympatycznie. To pierwsze spotkanie, gdy przekazaliśmy zabawkę dla Mikołaja i mogliśmy na niego popatrzeć, było nadzwyczaj zwyczajne. A on wydał nam się normalnym małym dzieckiem. Wiadomość, że ma rzadką wadę genetyczną, niczego u mnie nie zmieniła, bo już dawno byłem oswojony z myślą, że nawet własne dziecko może urodzić się chore czy niepełnosprawne. Mikołaj wyglądał na zdrowego i bawił się jak każdy inny maluch.
Agnieszka: – Tydzień po walentynkach fundacja podjęła decyzję, że możemy starać się o przyjęcie Mikołaja do nas. Wtedy już spędzaliśmy z nim prawie cały czas, tyle że naprzemiennie. Od środy do piątku byłam ja, a później zmieniał mnie mąż. Z Żywca to około 280 km w jedną stronę.
Sprawa sądowa bardzo się przeciągała, bo sąd w Łodzi przekazał ją do innego miasta. Myśleliśmy, że na Wielkanoc Miki będzie już w domu, a maksymalnie do końca kwietnia. Pomyliliśmy się o dwa i pół miesiąca. Jeździliśmy do Tuli przez cały marzec, kwiecień, maj i czerwiec. Byliśmy przemęczeni ciągłymi podróżami i na granicy kryzysu w małżeństwie. Do tego w prima aprilis odkryłam, że jestem w ciąży.
Staraliśmy się wcześniej o drugie dziecko przez ponad rok, ale po zaangażowaniu w relację z Mikołajem kompletnie o tym nie myśleliśmy. Aż tu nagle 1 kwietnia dostałam powiadomienie w aplikacji, że spóźnia mi się miesiączka. A dotychczas zdarzyło mi się to tylko raz i dziewięć miesięcy później urodziłam córkę. Miałam w domu jakiś stary test ciążowy. Wyszedł pozytywny, ale uznałam, że pewnie przeterminowany, więc kupiłam trzy kolejne. Wszystkie potwierdziły ciążę. Ale to mnie jeszcze nie przekonało. Pobiegłam na badanie krwi, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście, a jeśli tak, to który to tydzień. Jako pierwszej powiedziałam mojej mamie. Nie dowierzała, sądząc, że to primaaprilisowy żart. Natomiast mąż ucieszył się bardzo. Śmiał się i mówił, że chodziłam ostatnio taka marudna, więc czuł, że coś jest na rzeczy.
Miki wreszcie z nami
Karol: – W domu była naprawdę mocno napięta sytuacja. Byliśmy pokłóceni, a pogodzenie się utrudniały nam ciągłe wyjazdy. O drugie dziecko staraliśmy się wcześniej przez wiele miesięcy. I udało się dopiero wtedy, gdy prawie się nie widywaliśmy, żyjąc pomiędzy domem a Tuli Luli. Na wiadomość o ciąży bardzo się ucieszyłem. Wychodziło idealnie półtora roku pomiędzy Mikołajem a kolejnym dzieckiem, tak samo jak między Aurorką a Mikołajkiem. Podobała mi się myśl, że za kilka lat będziemy po tym najtrudniejszym okresie, gdy dzieci są w pieluchach i ciągle na rękach.
Agnieszka: – Kilka dni po teście zrobiliśmy pierwsze USG, a później drugie, podczas którego już słyszeliśmy bicie serca. Byłam bardzo zmęczona, marudna, zirytowana i z ciągłym bólem głowy. Cały czas chciało mi się spać. Do tego doszedł stres z powodu plamień. Obawiałam się, że poronię. Chciałam nawet odpuścić sobie jeden wyjazd do Mikołajka, żeby odpocząć. Podczas pobytu w Tuli poleciałam do szpitala „Matki Polki”, bo znów pojawiły się plamienia. Lekarze mnie uspokoili.
Kilka tygodni później pojechałam na badania prenatalne, które przysługują ciężarnym po 35. roku życia. To było około 15. tygodnia ciąży. Lekarz podczas USG powiedział, że widzi pewne nieprawidłowości: rozszczep wargi i podniebienia oraz podwyższoną przezierność karkową. Kość nosowa z kolei była poniżej normy, ale ten pomiar ponoć już nie jest markerem chorób genetycznych. Usłyszałam, że mogę wykonać biopsję kosmówki, ale zwiększa ona ryzyko poronienia. Zrobiłam test PAPP-A, który pozwala wykryć takie wady genetyczne jak zespół Downa, Patau czy Edwardsa. Z objawów na USG było podejrzenie tego ostatniego.

Zaczęła się emocjonalna huśtawka. Raz myślałam, że może nie będzie tak źle, a za chwilę miałam w głowie pytanie, czy jeśli urodzę dziecko niepełnosprawne, to czy damy radę z dwojgiem dzieci mających szczególne potrzeby. Psycholożka z fundacji doradziła nam, byśmy skupili się w tym trudnym czasie na naszej sytuacji, nawet jeśli oznaczałoby to rezygnację z Mikołajka. Na szczęście mąż wypowiedział na głos to, o czym ja tylko myślałam. „A co się stanie, jeśli ziści się najgorszy scenariusz, czyli stracimy dwoje dzieci, bo najpierw porzucimy Mikołaja, a później umrze to dziecko, które nosisz w sobie?”.
Podczas pierwszej ciąży miałam typowe objawy ciążowe. A teraz bywały takie dni, jakbym wcale nie była w ciąży. Wyniki testu PAPP-A odebrałam, nawet na nie nie zerkając. Chciałam przeczytać dopiero przy mojej ginekolożce. Powiedziała, że test wypadł super. I że nie ma opcji, żeby to była jakaś ciężka wada genetyczna. Poczułam się taka szczęśliwa. I znów pewna, że możemy kontynuować zapoznanie z Mikim.
29 czerwca przyjechaliśmy do domu razem z Mikołajkiem i panią Sylwią z Tuli Luli. To był czwarty miesiąc ciąży. Miałam już nie robić żadnych dodatkowych testów, tylko USG połówkowe. Choć mąż marzył o wakacjach i od dawna mieliśmy je zaplanowane, to zrezygnowaliśmy z wyjazdów do hoteli, żeby Miki przyzwyczaił się do nowego domu i zasypiania codziennie w tym samym miejscu. Kompromisem okazały się całodzienne wycieczki: a to na basen, a to do parku.
„Ma pani przekichane”
Karol: – Zaskoczyło mnie, że dzieci tak szybko się zgrały. Myślałem, że Aurorka będzie dłużej zazdrosna o Mikołajka, bo do tej pory była jedynaczką. A ona od początku się cieszyła. Pamiętam z własnego dzieciństwa, że kłóciliśmy się z rodzeństwem dużo bardziej niż nasze dzieci.
Agnieszka: – USG połówkowe wykonywał ten sam lekarz co poprzednio. Myślałam, że może on niepotrzebnie panikuje, skoro mówił wtedy o wadach, a test tego nie potwierdził. Ale podczas drugiego USG znów milczał przez kilka minut. Gdy zapadła cisza, to poczułam, że nie wie, jak nam to powiedzieć. Że dziecko jest bardzo małe, ma problem z kończynami, z ciałem modzelowatym w mózgu i wiele innych nieprawidłowości. I że to wszystko wskazuje na wadę genetyczną. Zlecił amniopunkcję z płynu owodniowego i polecił nam drugiego diagnostę, żebyśmy mogli się upewnić.
Przed testem PAPP-A najbardziej bałam się zespołu Edwardsa. A skoro nie wyszedł, to zrobiłam wyparcie, że chyba wszystko będzie dobrze, w czym utwierdzała mnie moja ginekolożka, do dziś nie wiem dlaczego. Po USG już sama nie byłam pewna, czy bardziej boję się śmierci dziecka czy jego całkowitej niepełnosprawności. Pocieszałam się, że skoro ma wadę serca, to może będzie można ją zoperować, nawet wewnątrzmacicznie. Wciąż nie przyjmowałam do wiadomości, że my tego dziecka nie wyleczymy. Że go po prostu nie będzie.
Przy punkcji lekarka nie chciała wpuścić mojego męża. Powiedziała, że cokolwiek ostatecznie wyjdzie, to i tak to dziecko jest bardzo chore. Zapytała, czy myślałam o aborcji. To był 21. albo 22. tydzień ciąży. Wyszłam z informacją, że jeśli wyniki będą wskazywać na jakąś chorobę, to będziemy mogli odebrać je tylko podczas konsultacji. Na rozmowę z genetykiem zaproszono nas dwa tygodnie później. Lekarka odczytała diagnozę (tetrasomia 9P) i zapytała, który to dokładnie tydzień. Jak usłyszała, że 23., to powiedziała „Ma pani przekichane, bo w tym kraju już raczej nikt tej ciąży nie usunie. Chyba że się pani pospieszy”. Przyznała, że to straszne, co powie, ale lepiej dla mnie, żeby dziecko samo umarło.
Jak wyszłam od lekarza, to siostra mojego taty zabrała mnie na kawę i wertowałyśmy razem internet, żeby znaleźć coś o tej tetrasomii. To tak rzadka choroba, że szczegóły były tylko na stronie po angielsku. Wynikało z niej, że może być problem niemal z każdym organem. Na USG nie była nawet widoczna płeć, bo narządy płciowe też się w pełni nie wykształciły, ale badania genetyczne wykazały, że to chłopiec. W domu mąż znalazł stronę o tetrasomii 9P. Mieliśmy nadzieję, że może to będzie łagodna postać, mozaikowa.
Dopiero w Łodzi, u dr Katarzyny Zych-Krekory specjalizującej się w diagnostyce prenatalnej, do której skierowała nas Fundacja Gajusz, zrozumieliśmy, że nasze dziecko ma pełną postać tej choroby. I że jest to wada letalna. Wiedziałam już, że dziecko umrze, ale nie wiedziałam kiedy. To wszystko było przerażające. Pomyślałam, że może jednak trzeba przerwać ciążę. Mąż powiedział, że mogę podjąć taką decyzję, ale on mi tego nie doradzi, bo jest temu przeciwny. Był przygotowany na narodziny chorego dziecka. Mówił, że trzeba poczekać i zobaczyć, co będzie. A ja chciałam od razu przejść do żałoby i mieć już za sobą ten rozdział życia.

Dzidziusia nie będzie
Karol: – Gdy żona dowiedziała się o chorobie Tymka, to zaczęły jej się wyświetlać w głowie przeróżne scenariusze. Ja podchodzę sceptycznie do medycznych diagnoz. Wiem, że lekarze mogą się mylić. Sam też kiedyś usłyszałem, że nie będę chodził z powodu zerwanych więzadeł. A tu, proszę, chodzę i jeszcze trenuję ju-jitsu.
Pierwsza informacja od lekarki genetyczki była taka, że żona może iść do psychiatry i załatwić zaświadczenie, żeby usunąć ciążę. Dopiero dr Katarzyna Zych-Krekora wykonała rzetelnie badanie i odpowiedziała na wszystkie pytania.
Co do aborcji, to jestem jej przeciwnikiem, bo wiąże się z psychicznymi i fizycznymi komplikacjami. Ale czułem, że gdyby dziecko rzeczywiście miało być ciężko chore, to lepiej, by zmarło od razu po narodzinach. Żona zadręczała się myślą, czy to ona w jakiś sposób wpłynęła na chorobę Tymka. W razie aborcji czarne myśli by ją zniszczyły. „A co, jeśli lekarze się pomylili? A może jednak urodziłby się zdrowy?”. Teraz żona wie, że zrobiła wszystko, co mogła. Podczas ciąży codziennie szukała w internecie odpowiedzi na dziesiątki pytań. Bywała tak umęczona, że potrafiła godzinami leżeć w łóżku i płakać albo nic nie mówić. Czułem, że jest na granicy psychicznej wytrzymałości. Obawiałem się, że jakaś pierdoła może spowodować lawinę emocji.
Agnieszka: – Od początku ciąży czułam, że to będzie chłopiec i że Tymek, choć w rozmowach wahaliśmy się, czy Tymoteusz Tadeusz, czy może jednak Amadeusz Zebedeusz. Mówiłam Aurorce, że dzidziuś jest w brzuszku. Mikołaja przeprosiłam, że mnie nie było u niego wtedy przez te dwa tygodnie. I wyjaśniłam, że będziemy mieć jeszcze jednego synka. A później to się stało w naszym domu tematem tabu. Bałam się mówić, że będzie dzidziuś, bo wiedziałam, że go nie będzie. Zamiast kupić sobie ubrania ciążowe, to kupowałam większy rozmiar koszulek. Mąż mi nawet zwrócił uwagę, gdy rzuciłam „Nie, tego nie, bo w tym to za bardzo widać, że jestem w ciąży”. A mąż na to: „No bo jesteś”. Bałam się gratulacji i radosnych pytań o ciążę i dziecko.
Pani Tisa zaproponowała nam poród w Łodzi, jako podopiecznym hospicjum perinatalnego. Ona również była przeciwna aborcji. Sama już nie wiedziałam, czy tak mi radzi ze względu na własne poglądy, czy to rzeczywiście będzie dla mnie lepsze rozwiązanie, żeby urodzić dziecko i je pożegnać. Byłam wściekła, że do porodu zostało aż tyle czasu. Mój strach przysłoniłam złością. Mieszały się we mnie żal i smutek. Wreszcie dotarło do mnie, co się wydarzy. Że trzeba się będzie pożegnać z własnym dzieckiem. Że nie będzie szczęśliwego zakończenia, malowania dziecięcego pokoju, wybierania wózka. Czułam, jakby ktoś zabrał mi to wszystko. Nasze plany, że przeniesiemy Aurorkę i Mikiego do wspólnego pokoju. Byłam zła nawet na biologiczną matkę Mikołajka, że ma już kilkoro dzieci i nie chce się nimi opiekować, a ja chcę, a nie mogę. Miałam poczucie niesprawiedliwości, że to właśnie moje dziecko jest tak ciężko chore.

Urodził się, jakby spał
Z każdym tygodniem stan płodu był coraz gorszy. Pojawiło się ryzyko obumarcia w macicy. Plan był taki, że przyjedziemy do Łodzi około 34. tygodnia ciąży i ustalimy termin wywołania porodu. Do tego czasu miałam co kilka dni jeździć na badanie w Żywcu, żeby sprawdzać, czy dziecko żyje, czy słychać jego serce. Nikt jednak nie chciał mi tu na miejscu pomóc. Czułam się jak śmierdzące jajo, którym wszyscy się przerzucają. Któregoś razu aż krzyknęłam na lekarza. Że mam tego dosyć, bo żyję w kraju, w którym i tak nie mogę przerwać ciąży, a jeśli będzie mi ona zagrażać, to prawdopodobnie nikt mi nie pomoże. Czułam, że czekam na zły finał. A pani Tisa pocieszała mnie, że wcale nie będzie tak źle. Że wiele mam z hospicjum perinatalnego się boi, a później przychodzi spokój.
Poród zaczął się 30 września, dwa miesiące przed terminem. Gdy mąż wyjeżdżał kilka dni wcześniej w delegację, to w żartach mu powiedziałam „Nie stresuj się. Przecież nie urodzę, jak cię nie będzie”. Ból brzucha wzięłam za skurcze przepowiadające. Aż do momentu, gdy przypomniałam sobie ból po podaniu oksytocyny podczas pierwszego porodu. Czułam dokładnie to samo. Chciałam tylko jednego: dotrzeć do szpitala w Bielsku i nie urodzić w karetce.
Tymuś przyszedł na świat dwie minuty po wjechaniu na szpitalną salę. Poród był pośladkowy, a mimo to wystarczył jeden skurcz party. Lekarka zapytała, czy chcę go przytulić. „Tak, chcę”. I czy chcę, żeby go ochrzciła. Też chciałam. Wcześniej przez cały ten czas myślałam, że się wystraszę, jak go zobaczę, że będę się go bała wziąć na ręce. Głaskałam synka i zastanawiałam się, czy on jeszcze żyje. Zmarł po ośmiu minutach. Lekarze pozwolili mi być z nim przez dwie godziny. Później musieli go zabrać. Podarowali mi nożyczki, którymi odcięli pępowinę. I zrobili odcisk stópek. Tymek był niewiele większy od mojej dłoni. Ważył 800 gramów i miał zamknięte oczy. Urodził się, jakby spał. Był słabiutki. Miał siłę pożegnać się ze mną, ale nie miał woli życia. Chyba nawet nie wziął ani jednego oddechu.
I znów pojawiły się pytania i wątpliwości. Czy mogło tak się stać dlatego, że poród wydarzył się nagle? Poczułam lęk, że to ja go zabiłam. Za każdym razem gdy badałam się w domu sprzętem do KTG, to czułam jednocześnie radość, że dziecko żyje, i frustrację, że umrze. Po porodzie miałam wyrzuty sumienia z powodu tych wszystkich emocji, niepewności, zwątpienia. Mąż miał rację – gdybym usunęła ciążę, to chyba bym zwariowała.
Przytulenie Tymka wszystko przewartościowało. Jakby się życie ze śmiercią spotkało. Był śliczny, a tak się bałam, jak będzie wyglądał. Dr Katarzyna Zych-Krekora zawsze mówiła o nim jak o dziecku, które można kochać, a nie tylko jak o dziecku z wadami. Na nosku miał narośl jak języczek. „Ale ty byłaś głupia, a on jest taki ładny”. Było mi przykro, że tak się bałam. Zaczęłam robić zdjęcia Tymkowi i nie mogłam przestać. Strasznie dużo zdjęć, bo ciągle myślałam, że jest ich za mało. Przecież te dwie godziny to był cały nasz wspólny czas. Od razu wysłałam zdjęcia mężowi. I napisałam, że Tymek jest ze mną, że odchodził u mnie na rękach. Teraz już wiem, że tak jest najlepiej. Był Tymek i byli ludzie wokół. Szkoda tylko, że mój mąż nie mógł go zobaczyć.
Mamy dla kogo żyć
Karol: – Chciałem być przy żonie podczas porodu, ale byłem za daleko od domu, żeby zdążyć. Wiedziałem, że nie dotrę też w ciągu tych dwóch godzin, żeby pożegnać się z Tymkiem. Mogłem zobaczyć go później, ale nie zdecydowałem się na spotkanie z dzieckiem w chłodni. Wolałem zachować w pamięci jego obraz ze zdjęć zrobionych przez żonę. Wcześniej bardzo się bała, że nie będzie go chciała nawet zobaczyć po urodzeniu, a ostatecznie cieszyła się, że mogła spędzić z nim chociaż te kilka chwil. Gdy rozmawialiśmy, była przepełniona miłością.
Agnieszka: – Akt urodzenia i akt zgonu odebraliśmy jednocześnie. Na pogrzebie chcieliśmy być bez rodziców i dzieci. Towarzyszyła nam tylko przyjaciółka. W którymś momencie wyszło zza chmur słońce, a mąż zapytał, dlaczego kupiłam akurat cztery znicze, a nie trzy czy pięć. Ja na to „Bo była promocja 3+1”. Zaczęliśmy się śmiać. To mnie zdziwiło, że można się zaśmiać na pogrzebie własnego dziecka. Ale tak właśnie to wygląda, że jest życie i jest śmierć. I trzeba się z tym pogodzić, że idziemy do przodu, w stronę życia. Pani Tisa mówiła prawdę, że może być i żałoba, i życie. I że to nie znaczy, że już nigdy nie będzie radośnie.
Karol: – Chcemy szczerze rozmawiać z dziećmi o śmierci Tymka. Nie zamierzamy tego ukrywać, bo nie chcemy tworzyć niepotrzebnej tajemnicy w rodzinie. Sam jako dziecko doświadczyłem podobnej sytuacji. Miałem może sześć czy siedem lat, gdy mama straciła ciążę na dość późnym etapie. Przyjąłem to wtedy do wiadomości jak coś oczywistego.
To, że Tymek urodził się i zmarł naturalnie, było jednocześnie czymś całkowicie normalnym i zaskakującym. Najtrudniejsze dla mnie jako ojca było to, że decyzja o aborcji lub porodzie nie należała w żadnym stopniu do mnie, bo jestem mężczyzną. Ale starałem się przekonać żonę, żeby rozważyła poród. A miała momenty, gdy była bliska podjęcia decyzji o aborcji. Nie wiem, co by było, gdyby poszła tą drogą. Najprostsza opcja nie zawsze jest najlepsza. Nikt nie mówi, że odpowiedzialne wybory są łatwe. Życie bywa trudne, ale droga na skróty może okazać się dużo bardziej problematyczna niż to, co z pozoru najtrudniejsze.
Agnieszka: – Dzieci na pewno odczuwały mój smutek. Po dwóch tygodniach sielanki od przyjazdu Mikołaja zaczął się trudny czas, który trwał ponad dwa miesiące. Teraz jednak skupiam się na dzieciach. Życie Tymka było króciutkie, a Aurorka i Mikołaj są z nami, więc mamy dla kogo żyć. Nie wracamy do pustego domu i ciszy. Teraz ten hałas, który oni we dwójkę produkują, przynosi mi ulgę. Na razie sporo mam w sobie lęków o ich życie. Czy się nie rozchorują? A co, jeśli Aurorka zajdzie w ciążę jako 15-latka? Czy może jednak Mikołaj jako nastoletni ojciec miałby w życiu łatwiej?
A on na razie nauczył się świadomie mówić „mama” i „tata”. Wcześniej też wypowiadał te słowa, ale teraz to już co innego. Idziemy wieczorem do pokoju, zmieniam mu pieluszkę, a on się do mnie przytula. Od kiedy wraz z porodem i śmiercią Tymka moja głowa się uwolniła, to zaczynam dostrzegać więcej szczegółów w codziennym życiu. Widzę, jak tworzy się coraz głębsza więź między Rorką i Mikim. Jakim fajnym się stali rodzeństwem, choć bywa, że się kotłują i jedno drugiemu przywali poduszką. Ale ona już nie chce nigdzie iść bez niego, nawet na ukochany basen. Jak coś dostanie, to mówi: „Ale jak to? Jak ja mam arbuza, to Miki też musi mieć”. Raz wyrwała mu zabawkę i po naszej interwencji przeprosiła. Patrzę na nich, stoją tak przez chwilę obok siebie. Miki już chciał iść, a Rorka na to: „Stój! Tatuś kazał się przytulać”.
