

Gajusz jesienią
Bezpłatny kwartalnik Fundacji Gajusz
03/26
Kwartał myśli
„Człowiek ma jedno dzieciństwo – jego zapach, jego światło, jego tajemnice. To świat, który nie wraca, ale zostaje.”
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
W tym numerze
- Słowa Pomagają
Stasio ma nowy dom
- Życie po życiu… z chorobą.
Historia Grzesia
- 10 lat Tuli Luli
Tuli Luli w liczbach - Gajusz poleca
Polecamy firmy więcej niż godne polecenia - Dobro*Byty
W firmach, ludziach cud ukryty

20 lutego 1998
Powstanie Fundacji Gajusz.

1998
Na dziecięcych oddziałach onkologicznych pojawiają się nasi wolontariusze i pracownicy. Przepędzamy szpitalną nudę, wspieramy socjalnie i prawnie.

2002
Otwieramy NZOZ psychologiczny, by wspierać małych pacjentów zmagających się z nowotworem i ich bliskich.

2005
Uruchamiany hospicjum domowe, by nieuleczalnie chore dzieci mogły chorować we własnym łóżku, a nie w szpitalu.

2012
Tworzymy Program Rodzeństwa, by zdrowe siostry i bracia poczuli, że ich potrzeby są dla nas ważne.

2013
Otwieramy hospicjum stacjonarne, czyli dom dla nieuleczalnie chorych dzieci, które nie mogą mieszkać ze swoimi rodzicami.

2013
Powstaje hospicjum perinatalne, by wspierać rodziców, którzy w trakcie ciąży dowiadują się, że ich maleństwo jest śmiertelnie chore.

2016
Otwieramy Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli, czyli tymczasowy dom dla niemowląt opuszczonych przez rodziców.

2018
Otwieramy Centrum Terapii i Pomocy Dziecku i Jego Rodzinie CUKINIA, by dbać o poranione dusze.

2019
Uruchamiamy Program OKNO dla dzieci po leczeniu onkologicznym, bo pokonanie nowotworu to dopiero pierwszy krok ku zwyczajności.
Wszystko zaczęło się od Paulinki
Oddział VII, szpital przy ul. Spornej w Łodzi. Tam zamieszkałam z bardzo chorym Gajuszkiem latem 1996 roku. Naprzeciwko nas ciężko chorowała na białaczkę dwuletnia Paulinka z domu dziecka. Umierała samotnie, a ja szalałam z bezsilności, niemocy, bezradności i zwyczajnej matczynej empatii.
Jak to możliwe, że dwulatka umiera sama?
Cała moja niezgoda krzyczała, ale wtedy nic nie mogła zrobić. Bardziej przerażała mnie samotność niż sama śmierć. Z tą drugą byłam oswojona. Spotkałam ją na skrzyżowaniach życia w podstawówce, aż dwa razy. Nie przestraszyła mnie, raczej zdziwiła, kiedy wiosną umarł Darek, mój ośmioletni kolega. Miał raka kości. Wtedy wierzyłam, że z powodu upadku w kałużę z plamą benzyny. Później odszedł pięcioletni Maciuś, syn nauczyciela języka polskiego.
Ale obaj chłopcy byli z rodzicami – chciani i kochani. A ona, Paulinka, samotna.
Jej Wysokość Śmierć zabrała naszą szpitalną sąsiadkę w grudniową, świąteczną noc 1996 roku. Wierzę, że zdążyła na rozpakowywanie prezentów, które czekały na nią pod idealną choinką. Już po tej drugie stronie istnienia.
20 lat później…
Przyszły we dwie – Bogna, nasza psycholog, i jej koleżanka Jolanta Kałużna. Okazało się, że Jola ma marzenie. Poprowadzić Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny, czyli tymczasowy dom dla opuszczonych noworodków. Nie mieliśmy w planach powiększania zakresu pomocy fundacji, ale… nagle poczułam obecność i nieobecność PAULINKI. Jakby jakieś koło zdarzeń i przeżyć miało się domknąć.
Włączyłam tryb walki. W sumie najmniej o ośrodek, a najsilniej o los dzieci, które nie są tulone i kochane tak, jak tego potrzebują. Ogłosiliśmy konkurs na najczulszą nazwę dla nowego miejsca na mapie Łodzi. Wygrała pani Monika Habik i jej pomysł: Tuli Luli. To słodkie uzupełnienie oficjalnej nomenklatury, która jest nieco myląca. Bo mali podopieczni Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego rzeczywiście na ogół znajdują rodziny adopcyjne. Ale część – dzieci z nieuregulowaną sytuacją i chore – potrzebują rodzin zastępczych, w których poszukiwania często się włączamy. A za swój największy sukces uważamy powroty do rodzin biologicznych.
Uczyłam się i rosłam razem z bobasami. Wszystkiego było dla mnie nowe. Szybko zauważyliśmy, jak ważna jest dieta, sposób tulenia, patrzenia. I… jak trudno uspokoić przerażonego noworodka. W pierwszych miesiącach zdziwiło mnie, że Tulisie są wyjątkowo silne. Pamiętałam, że moje dzieci takie nie były. Później dowiedziałam się, że ta siła, która sprawia, że tak ładnie trzymają główki, to… stres i tęsknota za mamą. Pojawił się smutek i chęć dowiedzenia się więcej i więcej. By pomagać lepiej. By minimalizować skutki traumy wczesnodziecięcej.
Współpracujemy z lekarzami, fizjoterapeutami, psychologami, neurologopedą i całą armią specjalistów, żeby dzieci, które nam powierzono, zdrowo rosły. Wykluczyliśmy z diety dzieci każdy cukier, pszenicę, niektóre oleje. Czytamy składy mleczka, badamy małe brzuszki, leczymy chore jelita, które są drugim mózgiem i gotujemy tak zdrowo, jak to możliwe.
Mija właśnie 10 lat od dnia, w którym pierwszy bobas zamieszkał w Tuli Luli. Był koniec września 2026 r. Jaś przyjechał prosto ze szpitala. Przyjęliśmy go jak rodzice długo wyczekiwane dziecko – z miłością, gotowością do przytulania, noszenia, może nawet rozpieszczania… Był Tulisiem przez 15 tygodni. Aż pewnego dnia oddaliśmy go w troskliwe ręce rodziców-na-zawsze.
Przez te 10 lat widzieliśmy dziesiątki, a może i setki małych-wielkich cudów. Żaden Tuliś nie trafił od nas do placówki. Każdy – nawet najbardziej chory – ma rodzinę. To ewenement na skalę kraju. Aż 14 niemowląt powróciło do swoich rodzin biologicznych. Nie jest to szczęśliwy traf, ale efekt pracy naszych specjalistów. Bo zawsze kontaktujemy się z rodzicami nowo przybyłego maluszka i sprawdzamy, czy jest szansa powrót do korzeni. Troje ciężko chorych Tulisiów zmarło. Każdy w ramionach kochającej cioci. Bo samotność nie jest dla dzieci…
Za każdym razem, kiedy wszystko idzie dobrze, wiem, że nie zrobiłam tego sama, ani nawet z pomocą zespołu, naprawdę świetnego. Czuję, że ktoś nad tym wszystkim czuwa, pomaga, podpowiada. Ten Anioł ma dwa latka. Paulina oznacza „mała”, ale ona jest jednocześnie wielka swoją miłością…


FUNDACYJNE PITu PITu 🙂
Pamiętaj o Gajuszątkach, wypełniając swój PIT.
KRS 0000 109 866