okładka kwartalnika fundacji gajusz zima 04 2022 srebrny jubileusz 25lat
Logo Fundacji Gajusz z flamingiem

Gajusz zimą

Bezpłatny kwartalnik Fundacji Gajusz

04/22

Kwartał myśli

Pytam Cię, Drogi Czytelniku, czy jest jakąkolwiek sztuką bycie odważnym, jeżeli nie odczuwa się lęku? 

Tove Jansson, Pamiętniki Tatusia Muminka 

W tym numerze

25 lat minęło, czyli nasz srebrny jubileusz

Czas jest igraszką pamięci. Ulotnej i subiektywnej, mojej. Jest tyle światów, ilu żyjących w nich ludzi. Mój zawodowy i rodzinny to Fundacja Gajusz, która właśnie obchodzi 25 urodziny. 9131 dni. Tysiące dzieci. Miłość codzienna. Nadzieja. Wdzięczność. Docenianie. Sny niespokojne i strach. Czasem panika. Próby zrobienia rzeczy niemożliwych. 

Prawie 10 000 porannych kaw, przy których uśmiecham się, bo Gajusz – mój syn – żyje, jest zdrowy, kocha i jest kochany. Dziękuję dosłownie każdego dnia za życie mojej córki i trzech synów.  Za to, że są. Bo od dawna wiem, że to nie jest oczywistość. Dzieci nie są dane na zawsze, nie ma gwarancji ani rękojmi. 

Dlatego dziękuję za Basię, że na czas został rozpoznany chory wyrostek. Za Julka rozrabiakę, że nie ma już duszącej alergii i przeżył 5 wypadków. Za Gajusza, bo wyzdrowiał. Za Natanka, którego zdrowie było zagrożone przed narodzeniem. 

Właściwie moja codzienność jest rodzajem litanii o zdrowie najbliższych. Wdzięczność miesza się z lękiem.  

A wracając do pamięci i niepamięci: fundacja to dzieci, ich bliscy, historie piękne, radosne, cudowne, smutne, bywa, że tragiczne. I dorośli, którzy im pomagają.  

To tylko wstępniak, a w mojej pamięci jest saga. A może epopeja? 

Miała na imię Margarita, blond włosy, 5 lat i leukocyty na poziomie 50 000*. Była wiosna 1998 roku. Jej mama wierzyła, że wyleczą ją chińskie zioła. Wtedy się udało. Jednak zmarła przedwcześnie. Nie wiem, co się stało. 

Później Dominika, Dominik, Julka – wszyscy zmarli. Moje serce pękło na milion kawałków. Rozbiłam auto, omal nie zginęłam. Nie radziłam sobie ze stresem i żalem. Trudna lekcja pokory. I jasny sygnał, że nie mam żadnej kontroli ani nad życiem, ani nad śmiercią.  

Wtedy powstał NZOZ psychologiczny dla dzieci, rodzin, ale i dla mnie. 

Patryk, którego naskórek nie łączył się ze skórą właściwą. Trafił do nas jako niemowlę, właściwie jedna wielka rana. Między innymi dla niego powstało hospicjum domowe.  

Zuzia nie miała bezpiecznego domu. Do jej mamy przychodzili różni panowie za pieniądze. Tak zapewniała byt kilkorgu dzieci. Dwunastolatka zachorowała, ale była tak smutna, że nie walczyła. Nie chciało już jej się żyć. Umarła na banalną infekcję. A ja wtedy w myślach obiecałam Jej, że powstanie stacjonarne hospicjum, które da schronienie takim dzieciom jak ona. 

Dotrzymałam słowa. Patryk, mój chrzestny syn, zdążył zamieszkać w Pałacu. Dostał miłość, opiekę, mamę. Był tu z nami 6 miesięcy. Zmarł w czwartek po południu

Ciekawe, dlaczego najwyraźniej pamiętam smutne historie? 

Pierwszym księciem, czyli mieszkańcem hospicjum stacjonarnego, był Piętaszek. Oszukał los i medycynę. Poznałam go w piątek, 13 września 2013 r., w Centrum Zdrowia Matki Polki. Nóżki w gipsie, maseczka z tlenem zakrywała prawie całą buzię. Jednak spojrzał na mnie przytomnie, mądrze, z jakąś determinacją małego brzdąca, który postanowił żyć. Na przekór i wbrew. 

Zero kontroli nad życiem i śmiercią? Tym razem lekcja dla lekarzy, nie dla mnie. Swoją odrobiłam. Wtedy tylko ja w to uwierzyłam. W Piętaszka i w cuda. 

Jagienka. Moja miłość od pierwszego spotkania. Choroba objawiła się postępującą deformacją kręgosłupa, a ucisk kości na płuca utrudniał oddychanie. Pomagaliśmy zbierać pieniądze na leczenie i rehabilitację. Towarzyszymy Jej od 6 lat, a ja wciąż wierzę w cud i medycynę. 

Kubuś, chłopiec z połową serca pękniętego na milion kawałków. Mama zostawiła go zaraz po urodzeniu. Potem była rodzina zastępcza, gdzie był bity, poniżany, a po 10 latach oddany. To dla niego w 2020 roku powstała nasza fundacja-córeczka Moje Drzewko Pomarańczowe. Zamieszkał i zmarł w tym niezwykłym domu, w którym miał swoje upragnione kaktusy. 

Dwaj Alankowie. Obaj – co należy uznać za cud – znaleźli kochające rodziny zastępcze. W przypadku tak chorych dzieci to naprawdę rzadko się zdarza 

Gaja urodziła się bez rąk i bez nogi. Rówieśnica mojego syna, Gajusza, z którym się zaprzyjaźnili. Podobnie jak on skończyła wymarzone studia i znalazła świetną pracę. Tak jak poradziła Jej mama – uczyła się, bo rękami na życie nie zarobi. Cudowny dystans do wyroków losu! 

Karolek o chińskich korzeniach, dla którego – zgodnie z tradycją Jego przodków – wybrałam mleczne imię. Bao znaczy Skarb. I właśnie takim skarbem stał się dla swojej rodziny adopcyjnej. Mimo nieuleczalnej choroby i buzi podobnej do bohatera filmu “Cudowny chłopiec”, wspaniale się rozwija, mając kochających rodziców i dwie siostry.  

Oskarek mały i duży, Patrycja, Klaudia, Krystian, Ola, Madzia, Anastazja, Aniceta, Wiktoria, Kuba, Igor, Klaudia, Ala, Kamilka, Michał, Tycuś… 

Fundacja Gajusz powstała z myślą o moim synu i Paulince, o innych, nieznanych mi jeszcze, wyobrażonych dzieciach. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy, jak ważni będą dorośli, moi współpracownicy. Że pracy z Nimi, dla Nich, dbania o Nich dopiero przyjdzie się mi się uczyć. Zrozumieć, że kluczem do pomagania dzieciom są właśnie Oni. 

Pod opieką fundacji dziś jest prawie 1300 dzieci, a na ich rzecz pracuje 170 osób. Kilka jest ze mną prawie od początku (we współpracy z nimi powstał artykuł “Wszystkie dzieci Gajusza”). Pozostałe dołączały przez kolejne lata. 

To oni są sercem, mózgiem i rękoma fundacji. Dziś sama nic bym nie zrobiła, nikomu nie pomogła, nikogo nie uratowała. Dlatego dziękuję Dorosłym Ludziom Gajusza. Drodzy i Kochani, jestem ogromnie wdzięczna, że pracujemy razem dla Gajuszątek. 

Szczególnie doceniam Zarząd, czyli moje dwie Anie. Za pracowitość codzienną, odpowiedzialność, cierpliwość, oddanie, zrozumienie i nieustającą, nieprzerwaną, wspólną naukę, bo fundacja rośnie – z Czyjąś pomocą – szybciej od nas. Wszystkie trzy rozumiemy, że za dzieci odpowiadają dorośli. I że to od nich zależy cała pomoc. 

Dziękuję Sile Najwyższej za te wszystkie lata i znów, jak każdego dnia, proszę o opiekę na te, które nadejdą. 

Kto ratuje jedno dziecko, ten ratuje cały świat.  

Samotność nie jest dla dzieci.  

Wszystko jest możliwe. 

Nadzieja umiera ostatnia. 

Miłość jest nieśmiertelna. 

Chore dzieci nie powinny być same…  

To ważne hasła, które zamieniamy całodobowo w rzeczywistość i pomoc. 
 
* Dla dziecka w jej wieku norma to 5–15,5 tys./μl. 

Zdjęcie Tisy Nawrockiej-Kwiatkowskiej trzymającej niemowlę z podpisem odręcznym oraz pełnionej funkcji

Czego życzę fundacji? Na urodziny i wszystkie lata, które nadejdą? Dużo sił i pieniędzy, bo resztę chyba mamy: niezwykłych Ludzi i opiekę Siły Najwyższej.  Ale najbardziej chcę pokoju na świecie. Bo przecież cuda się zdarzają.