Tuliś z końca świata 

Karolina Tatarzyńska

Rodzice maluszka pochodzą z dalekiej Azji, ale poznali się w Polsce. Angelo ledwo przeżył narodziny, a kilka dni później zmarła jego mama. A jednak to historia z happy endem, bo już wkrótce chłopiec poleci do rodzinnego kraju.

Do Polski przylecieli kilka lat temu, żeby zarabiać na rodziny, które zostały tam, skąd pochodzą – w Azji Południowo-Wschodniej. On miał na utrzymaniu żonę i dwóch synów. Ona pracowała na nastoletniego syna i wspierała finansowo dalszych krewnych. Poznali się w Krakowie w 2022 r. w fabryce nasion wysyłanych do Holandii. I niemal od razu się w sobie zakochali. Po kilku miesiącach agencja zatrudnienia przerzuciła ich do Wielkopolski. Spędzili tam kolejne pół roku. Później przeprowadzili się do niewielkiego miasta w woj. łódzkim, gdzie znaleźli pracę w fabryce nowalijek.

On był zauroczony jej ciemną karnacją i uśmiechem. Ona ponoć uwielbiała jeść to, co specjalnie dla niej gotował. A najbardziej zupę ryżową, popularną w jego rodzinnych stronach, a w jej regionie w takim wydaniu nieznaną. Ona z miłości chciała mieć z nim dziecko. On początkowo powiedział „nie”. – Mówiłem jej, że to by wszystko utrudniło. I że wszystko się wtedy skomplikuje. Ale była uparta i ciągle do tego wracała, więc w końcu się zgodziłem. Zaszła w ciążę, gdy po półrocznym kontrakcie wróciłem z Niemiec, gdzie pracowałem jako kucharz. Po jakimś czasie od powrotu wydało mi się, że jej biodra stały się szersze. Test potwierdził, że to ciąża. Rozmawialiśmy, co zrobimy, gdy dziecko już się urodzi. Planowaliśmy zawieźć je do jej sióstr, bo spośród trzech tylko jedna ma dzieci. Rodzice Hannah* są rolnikami, więc wiedzieliśmy, że nasz syn będzie miał dużą przestrzeń do zabaw. Jej rodzina wiedziała o ciąży, ale nie wiedziała jeszcze wówczas nic o mnie. Zgodzili się zaopiekować naszym dzieckiem – opowiada Gilbert.

Po kilku miesiącach Gilbert ponownie wyjechał na kontrakt do innego kraju. Z powodów formalnych Hannah nie mogła pójść na zwolnienie aż do siódmego miesiąca ciąży. Ale była spokojna, bo badania u ginekologa zawsze wychodziły dobrze. W połowie września jej współlokatorzy zauważyli, że chodzi po mieszkaniu dziwnym krokiem. Sugerowali, że zaczyna się poród, ale początkowo Hannah myślała, że to fałszywy alarm.

Zdjęcie w „Kwartalnik Gajusz jesienią 03/25” przedstawiające malucha Angelo, który trzyma opiekunkę za ręce.

0 punktów w skali Apgar

Gdy dotarła do szpitala, badanie KTG wykazało, że serduszko dziecka bije za wolno. – Jego tętno było bardzo słabe, a mimo to lekarze zwlekali z decyzją o cesarskim cięciu. Od czasu badania do wyjęcia maleństwa minęły trzy godziny i 50 minut. Maluszek urodził się w zamartwicy. Był siny, nie oddychał i miał niewyczuwalny puls. Dostał 0 punktów w skali Apgar, a w kolejnych minutach 2 i 5. Został natychmiast przewieziony do „Matki Polki” w Łodzi, która jest szpitalem o trzecim, czyli najwyższym stopniu referencyjności w opiece neonatologicznej i specjalizuje się w skomplikowanych przypadkach medycznych. Trafił tam od razu na intensywną terapię noworodków – relacjonuje Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, szefowa Fundacji Gajusz.

Urocze zdjęcie w „Kwartalnik Gajusz jesienią 03/25”, gdzie mały Angelo odpoczywa w dłoniach opiekunki.

O narodzinach synka Gilbert dowiedział się telefonicznie. Przyleciał tak szybko, jak tylko mógł. Najpierw pojechał do szpitala do ukochanej. U niej również pojawiły się medyczne komplikacje. – Mówiła, że to dlatego, że tak ją zestresowała wiadomość o stanie dziecka po narodzinach. I że z tego powodu miała wewnętrzny krwotok. Była pewna, że wyjdzie ze szpitala po trzech dniach. Poprosiła, żebym zobaczył synka, bo sama go jeszcze nie widziała. Gdy dotarłem do Łodzi i wszedłem na salę, gdzie leżał Angelo, to zdążyłem jeszcze zrobić mu zdjęcia i nagrałem filmik. Wtedy nagle sprzęt zaczął piszczeć, a na ekranie pojawiła się płaska linia. Jego serce się zatrzymało, więc lekarze szybko mnie wyprosili. Nie powiedziałem jego mamie o tym, co się zdarzyło. W nocy jeszcze sms-owaliśmy. Następnego dnia znowu ją odwiedziłem, ale była już nieprzytomna albo tak głęboko spała. Dzień później zauważyłem, że jej twarz i palce są bardzo opuchnięte. „Mówiłem ci, że będą kłopoty. I zobacz, co się stało przez twój upór. Chciałaś tego, więc musisz teraz to przetrwać”. Tak jej wówczas powiedziałem. Na pewno mnie słyszała, bo po tych słowach popłynęły jej łzy. To było nasze ostatnie spotkanie – wspomina Gilbert.

Zdjęcie w „Kwartalnik Gajusz jesienią 03/25” przedstawiające zaczarowane oczy Angelo, które są pełne emocji, dobra i również smutku.

Anielskie imię

Następnego dnia planował pojechać i do niej, i do synka. Dotychczas kolejność była taka, że najpierw odwiedzał Hannah, a później maluszka. Ale tego dnia zrobił odwrotnie. Gdy był u dziecka, dowiedział się od lekarza, że Hannah jest transportowana karetką do Łodzi. – W ciągu tych kilku dni od porodu lekarze trzy razy otwierali jej brzuch, bo nie mogli znaleźć źródła krwawienia. Niepokoiło mnie to, więc już wcześniej pytałem mojego szefa, który pomagał mi w rozmowach z lekarzami, dlaczego nie przewiozą jej do lepszego szpitala. Uspokajał mnie, że lekarze wiedzą, co robią. Gdy usłyszałem, że Hannah wreszcie będzie w Łodzi, to nie przeczuwałem niczego złego. Pomyślałem, że to dobrze. Ale już po kilkunastu minutach lekarz naszego synka przekazał mi wiadomość, że Hannah zmarła w karetce. To było dzień przed moimi urodzinami, najgorszymi w całym życiu – opowiada ojciec dziecka.

Początkowo chciał nazwać synka imieniem Kite (po angielsku to m.in. latawiec), ale w telefonie Hannah znalazł zrzut ekranu z tłumaczeniem jednego z imion aniołów. Uznał, że to przeznaczenie, bo jego starsi synowie również noszą anielskie imiona. – Byłem przybity. A do tego nie wiedziałem, jak przekazać rodzinie Hannah wiadomość o jej śmierci. Przyjaciele przekonali mnie, że powinienem powiedzieć prawdę. Obiecałem im, że doprowadzę do realizacji planu, jaki mieliśmy z Hannah podczas ciąży. Siostry zgodziły się przyjąć Angelo pod swoją opiekę. Jacek, koordynator z agencji pracy, z którym się zaprzyjaźniłem, przygotował mnie na to, że załatwienie formalności może zająć sporo czasu. Po narodzinach Angelo był w stanie krytycznym i oddychał dzięki respiratorowi. Ale po trzech miesiącach jego stan był już na tyle dobry, że lekarze nie chcieli trzymać go dłużej w szpitalu. Jeden z nich powiedział mi o Tuli Luli – mówi Gilbert.

Zdjęcie w „Kwartalnik Gajusz jesienią 03/25”, w którym Angelo odwrócony tyłem wyraża swoje emocje zadowolenia i radości.

– Któregoś dnia szefowa neonatologii z „Matki Polki” poprosiła mnie, żebyśmy przyjęli do Tuli dziecko z końca świata, bo jego historia rodzinna, medyczna i prawna jest na tyle trudna, że jej wyprostowanie wymaga niemalże cudu. A jeśli taki cud ma się zdarzyć, to dziecko musi zamieszkać w fundacji. Lekarze obawiali się, że maluszek trafi do ZOL-u. Krótko przed świętami Bożego Narodzenia uprosiłam pana Pawła Kowalczyka, dyrektora Wydział Spraw Obywatelskich i Cudzoziemców Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego o pilne wsparcie. Oboje chcieliśmy mieć pewność, że Angelo nie będzie spędzał Wigilii samotnie w szpitalnym łóżeczku. I rzeczywiście dyrektor tak to zorganizował, że w ciągu jednego dnia załatwiliśmy wspólnie wszystkie formalności. Angelo został naszym Tulisiem kilka dni przed świętami, co uznaliśmy za najpiękniejszy bożonarodzeniowy prezent.

A jak już u nas zamieszkał, to rozpoczęliśmy projekt „rozpuszczony jak dziadowski bicz”. Nasze opiekunki nie wypuszczały go z rąk. Po to, żeby nauczyć maluszka, że dotyk jest czymś dobrym, że może zaufać dorosłym i nawiązać z nimi więzi. Nie było to łatwe, bo po tak długim czasie spędzonym w szpitalu Angelo był w stanie lekkiej katatonii. Trochę smutny, trochę nieobecny emocjonalnie. Teraz, po prawie ośmiu miesiącach w Tuli, widzimy, jak wyjątkowym jest dzieckiem. Angelo ma ogromne czarne oczy i cudowny uśmiech, ale zarezerwowany tylko dla najbliższych opiekunek.

To nie jest typowe dziecko z Tuli. Zwykle nasze Tulisie są dużo bardziej ostrożne i zdystansowane, bo doświadczyły porzucenia. A po Angelo widać, że jego mama bardzo go kochała. To nie była niechciana ciąża. Mama Angelo nie miała żadnych wątpliwości, że powinna go urodzić. Kocha go również tata i cała rodzina mamy, która czeka na niego w Azji. Angelo ma taki dar, że po prostu pozwala się kochać. Od swoich opiekunek w Tuli też dostał dużo troski i czułości. Totalnie je w sobie rozkochał. Miałam nawet taki sen, że one się we trzy pokłóciły, która weźmie chłopca do siebie, gdyby jednak nie wyjechał do Azji. Gdy im to opowiedziałam, przyznały, że rzeczywiście mogłoby tak być – komentuje Tisa.

Piosenka mamy

– Na początku było mu obojętne, kto się nim zajmuje. Ale to się już dawno zmieniło. W szpitalu Angelo był karmiony przez sondę w nosku. I do nas tak właśnie przyjechał. Aż któregoś dnia pozwolił się nakarmić jednej z opiekunek, Asi, a później nawiązał z nią wyraźną więź. Oprócz niej wybrał sobie jeszcze dwie inne ciocie. Wtula się w nie, lgnie do nich i chce być jak najczęściej na ich rękach. Od kiedy nauczył się raczkować, tylko czeka, żeby czmychnąć na korytarz. A gdy wypatrzy tam znajomą twarz, to pędzi ze wszystkich sił do jednej z ulubionych opiekunek – opowiada Sylwia Renosik, wicedyrektorka Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego Tuli Luli.

Jego tata odwiedził go po raz pierwszy w Tuli Luli w towarzystwie tłumaczki ze swojego kraju. Gdy zaczęli ze sobą rozmawiać w ojczystym języku, to Angelo najpierw zamarł i uważnie się im przysłuchiwał, a później próbował naśladować dźwięki. – To wtedy wpadłam na pomysł, żeby puszczać mu utwory z kraju jego rodziców. Pan Gilbert pokazał nam ulubioną piosenkę mamy Angelo. Rozdzierającą, o miłości. Maluszek słuchał jej w kółko. Gdy tata chłopca opowiadał nam całą ich historię, to czuło się, jak ogromny wysiłek wkłada, żeby się nie rozpłakać. Ale mu się nie udało. Razem z nim wzruszyliśmy się i my, i tłumaczka.

Wysłuchaliśmy oczekiwań taty co do przyszłości dziecka. Ale też wsłuchaliśmy się w to, jaka by mogła być wola zmarłej mamy. Pomagamy tej rodzinie zrealizować plan sprzed dramatu, jaki wydarzył się w pierwszym szpitalu. I nie oceniamy. Wiemy, że tata nie może zaopiekować się Angelo, bo sam pracuje po 300 godz. miesięcznie, żeby zarobić na utrzymanie swojej pierwszej rodziny. Gdy tłumaczyłam pani w urzędzie, kim jest pan Gilbert, to nie rozumiała. Wciąż dopytywała, kim byli dla siebie rodzice dziecka. W końcu musiałam jej powiedzieć wprost, że byli kochankami – opowiada szefowa fundacji.

W Tuli Angelo ma codziennie rehabilitację, co jest niezbędne dla dziecka, które miało tak trudny start. Dzięki niej zrobił ogromny postęp w rozwoju psychoruchowym. Od czasu, gdy może jeść coś więcej niż mleko, jest na diecie neuroprotekcyjnej wspierającej jego rozwój emocjonalny. – Angelo ma silny lęk przy rozstaniu z ulubionymi opiekunkami, co uważamy za nasz największy sukces. U dzieci po traumach, z zaburzonymi więziami nie jest to wcale sprawa oczywista. Teraz rozpoczniemy pracę nad zbudowaniem zaufania do taty, bo to on zabierze synka do kraju ich pochodzenia – mówi Tisa.

Obecnie tata jest opiekunem prawnym dziecka. Badania genetyczne potwierdziły jego ojcostwo, ale formalnie wciąż jeszcze nie jest ojcem dziecka. Stanie się tak dopiero po sprawie sądowej zaplanowanej na początek września. Wtedy Gilbert zamieszka w Tuli na około dwa tygodnie, a później poleci razem z Angelo do Azji. Na miejscu będą już czekać ciocie chłopca, czyli siostry jego mamy. Zamieszkają wszyscy razem w hotelu, który fundacja opłaci, podobnie jak wszystkie bilety lotnicze. Angelo oswoi się z nimi, a wtedy poleci już dalej razem z ciotkami. Mimo że tata nie będzie go wychowywał, to rodzina mamy zgodziła się, by nosił jego nazwisko.

Fabryka cudów  

Fundacja wspiera pana Gilberta także od strony prawnej. I nie wyklucza, że dojdzie do sprawy cywilnej przeciwko szpitalowi. Obecnie prokuratura prowadzi postępowanie karne w sprawie narażenia mamy dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu przez osoby, na których ciążył obowiązek opieki nad pacjentką, w wyniku czego doszło do nieumyślnego spowodowania śmierci. Jeśli biegli badający sprawę stwierdzą, że doszło do nieprawidłowości, to ojciec chłopca (reprezentowany przez fundacyjną adwokatkę) będzie mógł wszcząć postępowanie cywilne o zadośćuczynienie na rzecz Angelo.

– Kiedy widzę Angelo, to jeszcze bardziej tęsknię za jego mamą. Jest bardzo podobny do niej i do jej nastoletniego syna, czyli swojego najstarszego brata. Marzę, że gdy Angelo trochę podrośnie, to spotkam się z nim i opowiem mu całą jego historię, która wydarzyła się tu, w Polsce. Jego mama była oryginalną pięknością, taką naturalnie piękną, bez makijażu, z kręconymi włosami tak jak i ja, więc możliwe, że włosy Angelo też zaczną się kręcić. Do tego Hannah miała cudowny głos i świetnie śpiewała. Uwielbialiśmy bawić się w karaoke. Zresztą Angelo też lubi sobie nucić. I jeszcze bardzo często się śmiała. Ale była też wyjątkowo uparta. Kochałem ją i kocham Angelo. Czuję, że jestem na razie jego jedyną nadzieją. Wiem też, że w naszym rodzinnym kraju będzie kochany. Rodzina Hannah nie może się go doczekać. O czym jeszcze marzę? Chciałbym, żeby więcej osób dowiedziało się o Fundacji Gajusz. Ambasada mojego kraju w Polsce mówi, to pierwsza z ich doświadczenia taka historia z happy endem. Jestem wdzięczny fundacji za to, że tak bardzo mi pomogła. I za to, że Angelo miał taką dobrą opiekę – opowiada Gilbert.

– W naszej pracy wdzięczność też jest najważniejsza. Zwłaszcza że pracujemy w obszarach, w których na większość spraw nie mamy wpływu i są one poza kontrolą – komentuje Tisa – Kilka lat temu Andrzej Pągowski stworzył specjalnie dla nas plakat, który przedstawiał fundację jako fabrykę cudów. I chyba rzeczywiście jesteśmy taką fabryką, choć sama fundacja nie ma aż takiej mocy, bo do cudów potrzebna jest Siła Wyższa. Żeby cud się narodził, to najpierw trzeba w niego wierzyć, a później o niego dbać i być za niego wdzięcznym. Nasza moc to bycie wykonawcą, który ufa Sile Wyższej i wierzy nawet w najbardziej niemożliwe cuda.

*Imiona rodziców i dziecka zostały zmienione.

serduszko 2

Taka kompleksowa pomoc rodzinie w kryzysie nie jest w Polsce standardem. Od kilku dobrze zorientowanych w realiach osób usłyszeliśmy, że Angelo powróci do rodziny wyłącznie dzięki temu, że trafił pod dach Fundacji Gajusz.

To profesjonalne, a jednocześnie ludzkie wsparcie w naszym przekonaniu było absolutnie konieczne. Kosztowało fundację ok. 100 000 zł. Te pieniądze to:

Możemy działać bez wahania i bez schematów dzięki pomocy Darczyńców. Szczególnie cenne są comiesięczne, regularne darowizny, bo one pozwalają nam planować przychody i wydatki. Myślimy nie tylko o TU i TERAZ, ale również o przyszłości, bo czujemy się odpowiedzialni za dzieci, którymi się opiekujemy. Ważną pomoc stanową także dotacje takie jak projekt “Bezpieczna przyszłość zaczyna się dziś. Budujemy kapitał żelazny Fundacji Gajusz”. Dziękujemy!

PS Gdy oddawaliśmy numer do druku, wylot Tulisia do kraju ojczystego w towarzystwie taty i opiekuna medycznego, był planowany na pierwszą połowę października. Cdn… 

Informacja o finansowaniu RCPS IOP Tuli Luli w „Kwartalnik Gajusz jesienią 03/25”.