Piecza zastępcza, czyli dzieci poza rodziną biologiczną – Raport 2025

Dlatego Fundacja Gajusz prowadzi:

Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli, czyli tymczasowy dom dla niemowląt oczekujących na adopcję;

Centrum Terapii i Pomocy Dziecku i Jego Rodzinie CUKINIA, w którym wsparcie znajdują dzieci wychowujące się w domach dziecka i rodzinach zastępczych;

kampanię „Leczymy Dzieci Rodziną”, której celem jest znajdowanie rodzin zastępczych dla dzieci chorych.

KOSZT obszaru: 3 882 605,71 zł
W tym środki zakontraktowane: 2 289 314,46 zł

Interwencyjny Ośrodek Preadopcyjny Tuli Luli

To tymczasowy dom dla niemowląt z bardzo ważnych przyczyn opuszczonych przez rodziców biologicznych. Dbamy, by miały opiekę jak najbardziej zbliżoną do tej w rodzinie. Jest tu czułość, bezpieczne ramiona wykwalifikowanych opiekunek, psycholog, prawnik, pracownik socjalny, fizjoterapeuci, dietetyk, wolontariusze i ich otwarte serca. Maluszki śpią w pięknie urządzonych, domowych pokoikach, pełnych barw, miękkich tkanin i zabawek.

Dla nas sukces oznacza szczęście dziecka. Największy powód do radości daje ponowne połączenie maluszka z rodziną biologiczną. Do końca 2025 r. aż 14 z 223 Tulisiów wróciło do mamy. Wspólnie pokonaliśmy kryzys, ofiarowaliśmy zrozumienie i empatię specjalistów, którzy nie oceniają. Pozostałe niemowlęta znalazły nowy dom w rodzinach adopcyjnych (150) oraz zastępczych (40). Żaden Tuliś nie został przekazany do placówki.

Prowadzenie Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego Tuli Luli jest zadaniem zleconym przez Województwo Łódzkie.

Centrum Terapii i Pomocy Dziecku i Jego Rodzinie CUKINIA

Część pacjentów Cukinii (ok. 30%) to wychowankowie domów dziecka i rodzin zastępczych. Doświadczyli ogromnej traumy – opuszczenia przez rodziców biologicznych. Niektórzy byli maltretowani, molestowani, doświadczyli przemocy. Inni zmagają się z mniejszymi, ale też dotkliwymi, dramatami: tęsknotą, poczuciem wyobcowania, samotnie przepłakanymi nocami… Bez profesjonalnego wsparcia trudno będzie im wejść w dorosłość, zbudować własną rodzinę, być szczęśliwym człowiekiem. Te dzieci błagają o pomoc, choć nie zawsze umieją to wyrazić słowami. Czasami są agresywne, innym razem zastygają.

W poradzeniu sobie z bolesną przeszłością powinni pomóc opiekunowie, ale nie zawsze wiedzą, jak to zrobić. Dlatego wspieramy również ich – dorosłych. Terapeuci podpowiadają, jakich używać słów, jakie bajki czytać. O czym i jak rozmawiać, a o czym na razie milczeć. Z dziećmi i ich opiekunami pracują specjaliści: psycholodzy, pedagodzy, psychiatra, logopedzi, fizjoterapeuci, a nawet hipoterapeuci.

Leczymy Dzieci Rodziną

Niemal 2000 chorych dzieci nie ma domu. Są w placówkach, ponieważ brakuje rodzin zastępczych, które chcą wychować właśnie te najbardziej niechciane maluchy. Nawet najlepsza instytucja nie jest w stanie zapewnić indywidualnej opieki. Nie ma zatem możliwości zbudowania prawdziwych, rodzinnych więzi. Mimo to nikt nie szuka domu dla tych dzieci.

Celem kampanii „Leczymy Dzieci Rodziną” jest znajdowanie rodzin zastępczych dla chorych dzieci. Nowy dom dzięki naszym staraniom zyskało aż 8 Książąt (nieuleczalnie chorych dzieci), a 3 zostało nawet adoptowanych! Rodzin zastępczych potrzebują także Tulisie. Co trzeci boryka się z problemami zdrowotnymi, takimi jak wady genetyczne i neurologiczne czy zespół Downa. To „dzieci z końca kolejki”, które nie mają szans na rodzinę adopcyjną. A przecież tak samo, a może jeszcze bardziej, potrzebują domu i bezpieczeństwa.

Aby wychować dziecko, potrzeba całej wioski

Dzieci narodzone z potrzeby serca Magda bawi się z synkiem w pokoiku z wieloma zabawkami i piskiem raport 2024

W rodzinach biologicznych ta wioska pojawia się naturalnie. Od pierwszych chwil życia dziecka otaczają je dziadkowie, ciocie, wujkowie czy kuzyni. To „ich” dziecko, ich krew z krwi. Miłość, troska i zaangażowanie przychodzą niemal instynktownie.

Kiedy jednak pojawia się dziecko niebiologiczne, z własną historią i korzeniami, nawet najbardziej kochająca rodzina nie zawsze rozumie, z czym ono się mierzy. Dziecko, które nie ufa. Które się boi. Które każdego dnia zmaga się z konsekwencjami trudnych doświadczeń, traum, deficytów i strat, na które nigdy nie powinno być narażone.

Dzieci w pieczy zastępczej potrzebują czegoś więcej niż wioski. Potrzebują całej armii specjalistów. A tej bardzo często po prostu nie ma. Na wsparcie trzeba czekać miesiącami. Na przykład w Łodzi: psycholog na NFZ – 278 dni oczekiwania, psychiatra – nawet w pilnych przypadkach – 214 dni, fizjoterapia – od 3 do 6 miesięcy.

A to dziecko nie ma czasu. Pomoc prywatna bywa dostępna szybciej, ale jej koszty często przekraczają możliwości rodzin zastępczych. I wtedy pojawia się dramatyczne pytanie: czekać, czy działać? Rodziny zastępcze zostają same z ogromną odpowiedzialnością, lękiem i walką o zdrowie oraz przyszłość dzieci.

Dlatego tak ogromne znaczenie mają ludzie i organizacje, które widzą te potrzeby. Naszą wioską jest rodzina, przyjaciele i Fundacja Gajusz. To miejsce, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Gdzie dobro dziecka zawsze stoi na pierwszym miejscu. To także przestrzeń wsparcia dla nas, rodziców zastępczych, którzy częstą są niezauważani, zmęczeni, przeciążeni i próbują unieść wszystko sami. A przecież oni również potrzebują pomocy: psychologicznej, organizacyjnej, a czasem po prostu materialnej.

Żadna rodzina zastępcza nie powinna zostawać sama.

Tuliś z końca świata

Do Polski przylecieli kilka lat temu, żeby zarabiać na rodziny, które zostały tam, skąd pochodzą – w Azji Południowo-Wschodniej. On miał na utrzymaniu żonę i dwóch synów. Ona pracowała na nastoletniego syna i wspierała finansowo dalszych krewnych. Poznali się w Krakowie w 2022 r. I niemal od razu się w sobie zakochali.

On był zauroczony jej ciemną karnacją i uśmiechem. Ona ponoć uwielbiała jeść to, co specjalnie dla niej gotował. A najbardziej zupę ryżową, popularną w jego rodzinnych stronach, a w jej regionie w takim wydaniu nieznaną. Ona z miłości chciała mieć z nim dziecko. On początkowo powiedział „nie”, ale w końcu się zgodził.

Po kilku miesiącach Gilbert ponownie wyjechał na kontrakt do innego kraju. Z powodów formalnych Hannah nie mogła pójść na zwolnienie aż do siódmego miesiąca ciąży. Ale była spokojna, bo badania u ginekologa zawsze wychodziły dobrze. W połowie września jej współlokatorzy zauważyli, że chodzi po mieszkaniu dziwnym krokiem. Sugerowali, że zaczyna się poród, ale początkowo Hannah myślała, że to fałszywy alarm.

Gdy dotarła do szpitala, badanie KTG wykazało, że serduszko dziecka bije za wolno. Maluszek urodził się w zamartwicy. Był siny, nie oddychał i miał niewyczuwalny puls. Dostał 0 punktów w skali Apgar. Został natychmiast przewieziony do „Matki Polki” w Łodzi, który specjalizuje się w skomplikowanych przypadkach medycznych.

O narodzinach synka Gilbert dowiedział się telefonicznie. Przyleciał tak szybko, jak tylko mógł. Najpierw pojechał do szpitala do ukochanej. U niej również pojawiły się medyczne komplikacje. Następnego dnia, gdy był u dziecka, dowiedział się od lekarza, że Hannah jest transportowana karetką do Łodzi. Po kilkunastu minutach lekarz synka przekazał mu wiadomość, że zmarła w karetce.

Angelo był w stanie krytycznym i oddychał dzięki respiratorowi. Ale po trzech miesiącach jego stan był już na tyle dobry, że lekarze nie chcieli trzymać go dłużej w szpitalu. Jeden z nich powiedział tacie o Tuli Luli. Chłopiec został Tulisiem kilka dni przed świętami.

Prawnie sytuacja była skomplikowana. Badania genetyczne potwierdziły ojcostwo, ale formalnie Gilbert stał się ojcem dopiero po sprawie sądowej, którą poprowadziła dla niego fundacyjna prawniczka. Wtedy zamieszkał na dwa tygodnie w Tuli Luli, by Angelo poczuł się przy nim bezpiecznie. A później – zgodnie z wolą swojej zmarłej mamy – polecieli razem do Azji, gdzie Maluszek zamieszkał z rodziną Hannah. A my wspieramy ich finansowo każdego miesiąca.