Pomoc w chorobie onkologicznej – Raport 2025

To na dziecięcych oddziałach onkologicznych z potrzeby serca i bezradności zrodziła się Fundacja Gajusz. Dlatego nieprzerwanie od 1998 r. pomagamy rodzinom zmagającym się z nowotworem u dziecka.

KOSZT obszaru: 985 097,17 zł
W całości finansujemy ze środków własnych

Oddziały onkologiczne

Nasi wolontariusze i pracownicy codziennie wspierają małych pacjentów łódzkiego szpitala przy ulicy Spornej. Bywa, że leczenie trwa wiele tygodni, miesięcy, a nawet lat. Dlatego zatrudniamy psychologów, którzy nieodpłatnie udzielają wsparcia. Prowadzimy zajęcia edukacyjne, arteterapeutyczne i rozwijające pasje. Bo dzieciństwo trwa tu i teraz!

Dbamy o dobre samopoczucie małych pacjentów i ich rodzin. Podnosimy na duchu i wypełniamy czas ciekawymi przeżyciami, bo nuda potrafi bardziej doskwierać niż choroba.

Program OKNO

Oferuje wsparcie dla dzieci, które pokonały nowotwór. Fizyczne wyzdrowienie to dopiero pierwszy krok do zwykłego życia. Na ogół wypisanie małego pacjenta ze szpitala oznacza zakończenie wsparcia psychologicznego. Rodziny same muszą zadbać o powrót dziecka do grupy rówieśniczej i odbudowanie zerwanych więzi społecznych. Samodzielnie przychodzi im zmierzyć się z lękami, nadopiekuńczością i skutkami długotrwałego stresu. Wiele dzieci nie może wrócić do szkoły, korzysta z nauczania indywidualnego. To pogłębia poczucie izolacji i naraża na społeczne wykluczenie.

Spotykamy się regularnie, by rozmawiać o emocjach, uczyć się rozładowywać stres, budować relacje, wspierać w powrocie do zwyczajnego życia i społeczności. To program unikatowy i pionierski w skali kraju. Z każdym kolejnym rokiem utwierdzamy się w przekonaniu, że jest niezwykle potrzebny.

Program Rodzeństwa

To wsparcie dla sióstr i braci dzieci ciężko oraz nieuleczalnie chorych. Choroba zmienia rzeczywistość. Przeważnie jedno z rodziców musi zrezygnować z pracy. Pogarsza się sytuacja materialna, pojawia się stres, a dom zamienia w szpital. Potrzeby zdrowego rodzeństwa, choć rodzina wcale tego nie chce, zostają odsunięte na dalszy plan.

Spotykamy się dwa razy w miesiącu, w dwóch grupach wiekowych (do 13 lat i 14–18 lat). Dzieci jeżdżą na rolkach, malują obrazy, chodzą do kina. Każde z nich czuje się z nami wyjątkowe i ważne. Finansujemy korepetycje i zajęcia pozaszkolne, a gdy młody dorosły potrzebuje zrobić prawo jazdy – także pomożemy. W wakacje zabieramy dzieci na kolonie. Dla niektórych to jedyny letni wyjazd. Sprawiamy, że dzieci odzyskują radość, otrzymują niezbędną, dodatkową uwagę dorosłych. Ich problemy stają się tak samo ważne, jak chorego brata lub siostry.

Nie mieliśmy pojęcia, jak się odwdzięczymy

Paulina, absolwentka Programu Rodzeństwa

W maju 2013 r. urodziła się moja siostra Patrycja. Miałam wówczas dziewięć lat. Okazało się, że jest nieuleczalnie chora. Gdy odezwała się do nas fundacja, to przyjeżdżali do mnie wolontariusze, żeby się ze mną bawić. Dopiero później pojawiły się spotkania z rodzeństwami innych chorych dzieci. Pamiętam, że pierwsze zostało zorganizowane w Łodzi w Figloraju. To była dla mnie odskocznia od codzienności. Zwłaszcza że mieszkaliśmy na wsi pod Łęczycą.

To dzięki Gajuszowi trenuję karate. Po pierwszych zawodach ktoś mi powiedział, że jestem super i żebym trzymała tak dalej. Fundacja zaoferowała, że będzie płacić za moje treningi. A ponieważ rodzice nie mieli auta, to wolontariuszka przyjeżdżała po mnie z Łodzi pod Łęczycę i zawoziła mnie na treningi do Ozorkowa, a później odwoziła z powrotem do domu i wracała do Łodzi. Od niedawna, po czteroletniej przerwie w trenowaniu, wróciłam do karate. W międzynarodowych zawodach zajęłam drugie miejsce.

Przez kilka lat fundacja opłacała leki i wszystko, czego potrzebowaliśmy. A ja byłam na każdym spotkaniu Projektu Rodzeństwa. Nie mieliśmy pojęcia, jak my się za to odwdzięczymy. A teraz gdy jadę do Gajusza, to zgarniam po drodze ze Zgierza nastoletnie dziewczyny, które uczestniczą w projekcie. I oczywiście je odwożę.

Czujemy się mile widziani

Małgorzata Sławińska, mama Szymona, Grzesia, Agatki i Stasia

Był luty 2016 r., gdy lekarze zdiagnozowali u 1,5-rocznego Grzesia białaczkę. Wcześniej rodziców tygodniami niepokoiły nawracające infekcje z gorączką, ale dopiero uszy żółte jak u topielca skłoniły lekarkę do skierowania go do szpitala. Stan Grzesia był tak ciężki, że nie mógł opuścić izolatki przez 103 dni. A razem z nim mama w 5. miesiącu ciąży. Najdłużej nie widziała się z Grzesiem przez 5 dni, gdy wyszła, żeby urodzić Agatkę. Lekarze radzili jej, by pożegnała się z synkiem, bo nie byli pewni, czy przeżyje.

To w łódzkim szpitalu rodzina zetknęła się z Fundacją Gajusz. Mama korzystała ze wsparcia psycholożki, a do synka przychodziła wolontariuszka. – Jeśli Grzesiu był w lepszej kondycji, to się z nią bawił. A jeśli tylko leżał, to siedziała przy nim, a ja w tym czasie mogłam wyjść choć na chwilę do kuchni czy łazienki – opowiada Małgosia.

Później fundacja już na stałe zagościła w ich rodzinie. Starszy brat Grzesia, 15-letni dziś Szymon, dołączył w 2019 r. do Projektu Rodzeństwa. Pojechał na pierwsze Gajuszowe kolonie. I jeździ na nie do dziś, tylko już w powiększonym składzie, z całym rodzeństwem: 12-letnim Grzesiem, 10-letnią Agatką i o dwa lata młodszym Stasiem.

W 2022 r. cała rodzina dołączyła do Programu OKNO, który otacza opieką dzieci i rodziców już po zakończeniu leczenia onkologicznego. Na kolonie na zamku w Kliczkowie oraz Kasiczynie jeździła razem z dziećmi też pani Małgosia (choć spała w osobnym budynku, a swoje potomstwo spotykała tylko podczas posiłków i podawania leków Grzesiowi).

Rok temu do Programu Rodzeństwa zawitał Stasiu (Grzesiu jest z kolei gościem, bo teoretycznie to projekt dla jego braci i siostry). – Każde z naszych dzieci ma w Rodzeństwach swoich ulubionych kolegów. A od Grzesia dużo więcej słyszę o koledze z projektu niż o jakimkolwiek chłopcu z jego klasy. Po zakończeniu chemioterapii i przeszczepie nigdy nie powrócił w pełni do zdrowia. Ma zdiagnozowany zespół Aspergera, padaczkę, astmę, zaburzenia endokrynologiczne oraz trudności z koordynacją ruchową i relacjami społecznymi.

Nie jest w stanie jeździć na rowerze czy hulajnodze, a rozmowa z nowymi osobami to dla niego ogromne wyzwanie. Na zwykłe kolonie na pewno byśmy go nie wysłali. Ale te Gajuszowe są dla niego szansą na wyjście ze strefy komfortu i budowanie kontaktów z rówieśnikami. Choć jeździ na nie z oporami, to zawsze wraca zadowolony. A my, jako rodzice chorego dziecka, dzięki fundacji mogliśmy wrócić do życia towarzyskiego. Po leczeniu szpitalnym byliśmy odcięci społecznie i przerażeni. Fundacja pomogła nam otworzyć się na nowe relacje. Czujemy, że zawsze jesteśmy tam mile widziani.